Blog > Komentarze do wpisu
Aktualizacje 1.

Żyję!!

Tylko nie miałam dostępu do internetu. Tomek jest u mnie, właśnie siedzimy w hotelu w Kobe.

Wydarzyło się mnóstwo i więcej. I mam kłopot od czego zacząć...

Spróbuję po kolei, najwyżej w kolejnych notkach pojawią się jakieś update.

Ale zanim zacznę, zaległość roku – po pierwsze ogromnie dziękuję wszystkim za świąteczne życzenia! Ależ mi już Was brakuje! Po drugie - dla wszystkich odwiedzających bloga (nieodwiedzających właściwie też, tylko, że tego nie zauważą) najserdeczniejsze życzenia szczęście i uśmiechu w Nowym Roku! Niech spełniają się wasze marzenia!! Dla jednych 2006, dla innych 18 (tutaj właśnie się kończy17), dla jeszcze innych Roku Psa. Nieważne jak będziemy nazywać – wszystkiego najlepszego!

Acha, i jeszcze dla tych, co mieli imieniny, urodziny, śluby (niepotrzebne skreślić) również dużo szczęścia i radości!

Teraz zaległości. 15 przyleciał Tomek, mnie udało się nie zgubić w drodze na lotnisko. Dworzec w Nambie wielkości Kościana został oswojony i całe szczęście, bo jak się okazuje takich wieelkich dworców w Japonii jest więcej. Udało też mi się nie zaspać. W każdym razie Tomka przywiozłam do akademika i zajęliśmy się przepakowywaniem... Potem poszliśmy zjeść okonomiyaki, a potem miałam check out. Otosan powiedział, że jestem “perfect”. Nie potłukłam żadnych naczyń, szafkę wysprzątałam. Tatami nie zniszczyłam. Ja na pożegnanie dałam otosan i okasan cukierki świąteczne z firmy “Wawel”... i było smutno. Nie mogłam uwierzyć, że się wyprowadzam. Otosan i okasan wyszli nawet przed akademik pomachać nam na pożegnanie jak wsiadaliśmy do autobusu!! Niesamowite.

Potem dostaliśmy się w miarę sprawnie do Kioto... potem nieco mniej sprawnie do hotelu. Spytany o drogę pan z obsługi metra, nie bardzo mógł się odnaleźć na mapce. Na szczęście na mapce był zaznaczona pizzeria. Okazało się, że jest tam ponoć pycha pizza, którą ów pan zna i do niej potrafił wskazać drogę. Dalej już poszło. Hotelik o nazwie “Costa del Sol” - w centrum Kioto, żeby nie było ze słońcem wiele wspólnego nie miał.. Zimno tam dość, ale za to fajna atmosfera. Zaszliśmy tam koło 16:30, żeby znaleźć karteczkę, że nikogo nie ma, ale będą po 17...Okazało się, że obsługa to w znacznej mierze studenci. Przed 17 wpadł taki jeden. I jak uznaliśmy... nie mówi po angielsku, bo zaczął przepraszać po japońsku, pytać czy długo czekamy, etc.. potem się ulokowaliśmy i mówił zawsze po japońsku... “Uznaliśmy” - bo chyba ostatniego dnia spotkaliśmy go na dole gadającego z Chińczykiem po angielsku i się zdziwiliśmy niezmiernie! Oszust i tyle.;)

Kioto nadal śliczne. Tomek powiedział, że kojarzy mu się z Krakowem i Włochami. Hm.. W sumie zabudowa czasem faktycznie włoska. Zwiedziliśmy juz chyba wszystkie możliwe świątynki – uznając na koniec zgodnie, że właściwie wszystkie wyglądają niemal identycznie! Inna była Fushimi Inari -ale głownie dlatego, że po pierwsze była szintoistyczna i po drugie zajmowała wielką górę. Zresztą liczba pojedyncza nie jest tu właściwa, bo jest to góra z mnóstwem (kilka tysięcy!!) świątynek. Chodzenie po schodach dało nam tam niezły wycisk. Na koniec znalazłam kawałek pomarańczowego tori (bramy), który postanowiłam sobie zabrać na pamiątkę. Jednocześnie, chciałam zawrzeć układ z japońskim lisim bóstwem, że oddam w czasie następnej wizyty. Przekorna dusza ze mnie. Lisy jednak bardziej przebiegłe, ledwo skończyłam mówić znalazła na ziemi masę kawałków tori... Chyba więc inari ma w nosie moje ponowne odwiedziny. Co jeszcze. Spotkaliśmy się z Erykiem na wyprawę do Arashiyamy. Śliczne miejsce – w górach, masa świątyń (tym razem buddyjskich), park, rzeka. Musiało być naprawdę pięknie jesienią wśród żółtych i czerwonych liści. Za to las bambusowy niesamowity! Było rewelacyjnie. Było też wesoło, bo zdecydowaliśmy się zjeść bento na lunch, taki obiad w pudełku... jak jedliśmy, zaczął prószyć śnieg!! Fajnie, nie? Miałam też chwilkę radości, że jednak coś wiem z japońskiego... Eryk usiłował kupić prezent dla swojej dziewczyny, wymyślił wachlarz, więc poszliśmy do sklepu z wachlarzami i pomagałam mu wytłumaczyć sprzedawcy, jaki chce i dlaczego... Do tego uradowałam sprzedawcę wiedzą o Japońskiej kulturze, bo w pewnym momencie pokazał wachlarz z kwitnącą wiśnią i zarzuciłam mu, że teraz jest zima i prezent nie powinien mieć wiosennych motywów. Bardzo go to uradowało.

Śnieg w Arashiyamie był zresztą zapowiedzią dalszych śniegów w Japonii. Ponoć wręcz historycznych. Ja to mam szczęście... najpierw historyczna wystawa lelek chryzantemowych teraz śniegi... W sumie raz nas zapadało całkiem porządnie – wybraliśmy się na wycieczkę do dalekiej świątynki w górach w miejscowości Ohara. Śnieg padał taki, że w połowie drogi zmienialiśmy autobus na taki z łańcuchami na kołach. Wycieczka jednak jak najbardziej udana. Udało nam się zrobić rewelacyjne zdjęcia w śniegu! Piękna. Po powrocie z gór, czekając na autobus dzielnie się wytrzepywaliśmy ze śniegu i rozgrzewaliśmy gorącym kakaem z automatu. Chyba jeszcze nie pisałam o automatach? Są więc napoje ciepłe i zimne w puszkach. I jest właśnie gorące kakao w puszce – moje uzależnienie, ale dzielnie z nim walczę. Zgubny czekoladowy nałóg. Wyglądaliśmy chyba wyjątkowo niezwykle – gaijini w miejscu zapomnianym przez bogów, w śnieżycy jeszcze... nawet jakiś chłopak, na oko student zagadał do Tomka (po angielsku!) skąd jest i jak wygląda zima w Polsce. Tak, to naczelne pytanie – latem było o lato w Polsce. Chociaż nie, naczelne pytanie, to czy mamy trzęsienia ziemi.

Poza tym w Kyoto zwiedziliśmy miejsca w których już wcześniej byłam. Schodziliśmy Gion wzdłóż i wszerz – gejszy i mako nie odnotowaliśmy. Ale miałam szczęście ostatnim razem. Nie udało też się nam zwiedzić muzeum strojów japońskich :( Zamknięte. Za to zakupiłam książkę o kimono. Po japońsku, ale z masą zdjęć i płytą dvd. O! Kimona nadal nie zakupiłam i chyba jednak nie zakupię.

Wybraliśmy się też na świąteczne iluminacje w Yodoyabashi. Był to najbardziej Bożonarodzeniowy element świąt.

Wigilia

Spędzona głównie w autobusie. Z pokoju w Kioto się wynieśliśmy koło 8, o 9:30 mieliśmy autobus w Tokio byliśmy jakoś koło 18:30. Ze stacji autobusowej musieliśmy się dotransportować na naszą stację mieszkalną, a potem odnaleźć hotel. Mapka była jednak dość jasna. Kiedy z nią szliśmy podeszła do nas jakaś kobitka, pytając czy może nam jakoś pomóc. A tyle się nasłuchałam o tym, że Japończycy w Tokio są koszmarni, że ignorują pytania o drogę... ech. Nieprawda! Są bardzo mili. Tokio jest dokładnie takie, jakie były moje wyobrażenia o Japonii przed przyjechaniem tutaj. Wielkie wieżowce, masa ludzi, pośpiech. Faktycznie takie jest Tokio. Miasto pełne ludzi, zwłaszcza wieczorami. Pełne lamp, neonów, hałasu. I jest na swój sposób piękne. Kioto to Kraków – niby nowe miasto, z słynnymi uniwersytetami, ale na każdym kroku zabytki, historia. Tokio to jednak zdecydowanie nie Warszawa. Mimo tłumu ludzi polubiłam to miasto. Nie wiem dlaczego. Faktycznie nie ma co tam zwiedzać. Ale jest za to masa miejsc do włóczenia się bez określonego celu. Wywłóczyliśmy się więc po wszystkich słynnych tokijskich dzielnicach, widzieliśmy panów z jakuzy i jedliśmy ramen w chińskiej knajpie! Z chińskimi kucharzami. Ginza jest ładna, Akihabara jest droga, Shinjuku jest zatłoczone sklepami i pysznym i tanim jedzeniem – wadą jest, że trzeba jeść na stojąco. Harajuku – rozczarowanie. Owszem mostek do cosplay jest. Ale samo cosplay chyba jest już nieco niemodne. Niewiele ludzi. Ale za to jedna z niewielu rzeczy godnych zwiedzenia w Tokio – świątynia z dużym parkiem i sklep z pamiątkami. Mieszkaliśmy w dzielnicy rozrywki – Ikebukuro - salonów gier było więcej niż dużo, a do tego najsłynniejsze domy towarowe. W Tokio uwierzyłam, że Japonia jest droga, a nawet bardzo droga. Choć i tam popularne są sklepy typu 100 jen (4 zł). I jedzenie jest tanie. Da się w Japonii żywić naprawdę tanio. Da się też koszmarnie drogo... wybiegając w przyszłość – dziś jesteśmy w Kobe, spacerując znaleźliśmy restaurację z wołowiną z Kobe, gdzie stek kosztuje 8 tyś jenów!! Aaaa!

W Tokio nie ma co zwiedzać, ale było świetnie! Zobaczyłam świątynkę Sengaku-ji (tak to ta w której się modli premier Jonichiro Koizumi wywołując skandale). Świątynka ładna, ale do tych z Kioto jej daleko.

Najciekawszym akcentem był wyjazd do Kamakury – miasteczka w górach w którym jest milion i troszkę świątyń... Szczegóły później, bo nie pamiętam wszystkich nazw. Spędziliśmy tam calutki dzień!

Ostatni dzień pobytu w Tokio – 29 grudnia był niezłym hardcore. Hotel opuściliśmy przed 11 rano, autobus do Osaki mieliśmy o 23:40. Włóczyliśmy się. Nogi, albo nibynóżki niemal mi odpadły. Na koniec dnia usadziliśmy się w kafejce z wielką kawą i czekaliśmy na zmiłowanie. Potem udaliśmy się na dworzec autobusowy. Tłum nieziemski. Zapowiedzi wyłącznie po japońsku. Dzielnie wysłuchiwaliśmy skąd i kiedy nasz odjeżdża. Udało się. Ledwie wsiedliśmy zasnęliśmy i spaliśmy do rana, czyli do Osaki. Stamtąd złapaliśmy pociąg do Kobe, postanowiliśmy zostawić bagaż w hotelu i iść w miasto. Check in miał być dopiero po 16. W hotelu okazało się, że nie mają rezerwacji!! Przeżyłam chwile grozy. Na szczęście pokój się znalazł i jest tańszy ;). Musiałam zadzwonić do Mayumi, która rezerwowała. Ech. Kioto – był hotelik niemal spartański – rezerwacja była. W Tokio wielki hotel – rezerwacja była. Tutaj, ponoć super sieć hoteli, standardy ISO, etc i zaginęła rezerwacja. Szkoda słów. Ale pokój świetny. Cieplutki z łazienką własną i internetem. I łóżkiem. Po raz pierwszy spałam w łóżku od 5 miesięcy. Też ok. ;)

Co Japończycy robią w nowy rok – odwiedzają świątynie, ale chyba głównie po to, żeby się najeść. Ilość straganów z jedzeniem, oszałamiająca! Jedzą jeszcze makaron soba, starając się wciągać całe nitki, a nie przegryzać – gwarantuje to długie życie. My poszliśmy do chińskiej dzielnicy – pustki. Zjedliśmy po manie – kluska na parze z czymś w środku. Moja z pomidorem, cebulką, oregano i serem. Nazywa się pizza man. Man to danie chińskie, ale nie wiem, jak się po chińsku nazywa.

Jeszcze raz -noworoczne uściski dla wszystkich. Zdjęcia i dalsze wpisy później.

sobota, 31 grudnia 2005, bayushi

Polecane wpisy

  • Aiko i Hiroshi – czyli płeć w Japonii.

    Nie mam zamiaru bawić się tu wantropologa, opisywać przyczyny, zjawiska, wyciągać wnioski.Jednak mimo wszystko w Japonii jest inaczej niż w Polsce i możewarto o

  • Słoneczniej

    Chyba życzenia Ingloriel tosprawiły,ale dziś słoneczniej. A jak słoneczniej to od razu teżjakby mniej zimno. Zakupiłam dziś bilety autobusowe na przyjazdTomka.

  • Poważnie zaniepokojona

    Zobaczyłam plan sesji. Chyba ten tydzień, jest ostatnim tygodniem, w którym śpię... Nastepny sen będzie po 7 grudnia - ostatni egzamin. Po kolei, jak to wygląda

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2006/01/04 13:51:08
wow
przeczytalam sobie part one i jestem w szoku :) cudowne przezycia polaczone z groza i adrenalina no i jeszcze ten snieg :) !! az mi sie zamarzylo poleciec tam i moze wkrotce mi sie to uda...tokyo...czekam z niecierpliwoscia na zdjecia... pozdrawiam serdecznie bo u mnie to juz prawie zielona wiosna ;)
-
2006/01/05 06:48:08
Pozdrawiam! Tutaj mialo byc wiosennie, ale dzis znow snieg spadl. Jestem w Tokio. Dzis zwiedzalam muzeum i swiatynie w Uji. Sliczne, ale zimno. Korzystam znow z komputera hotelowego, wiec niestety nadal bez zdjec i aktualizacji. Ale juz wkrotce nadrobie.
-
2006/01/05 11:36:21
Najlepszego w nowym roku! I pozdrowienia dla Tomka:)
Z niecierpliwością czekam na zdjęcia i dalszy ciąg opowieści:)
-
2006/01/06 20:34:49
stuk szczęki o klawiaturę z podziwu, że daliscie sobie radę!! Brawo!
Polska


Japonia
Osaka
Click for Osaka, Japan Forecast


Kraków
Click for Krakow, Poland Forecast



Powered by JapaneseStreets.com


Copy Mandarin text here to convert it to pin1yin1!
More pinyin and zhuyin conversion tools...

CTA - Closer to Asia Association CTA News service by Closer to Asia Association' width=
Pisz swój dziennik w Internecie