sobota, 31 grudnia 2005
Aktualizacje 1.

Żyję!!

Tylko nie miałam dostępu do internetu. Tomek jest u mnie, właśnie siedzimy w hotelu w Kobe.

Wydarzyło się mnóstwo i więcej. I mam kłopot od czego zacząć...

Spróbuję po kolei, najwyżej w kolejnych notkach pojawią się jakieś update.

Ale zanim zacznę, zaległość roku – po pierwsze ogromnie dziękuję wszystkim za świąteczne życzenia! Ależ mi już Was brakuje! Po drugie - dla wszystkich odwiedzających bloga (nieodwiedzających właściwie też, tylko, że tego nie zauważą) najserdeczniejsze życzenia szczęście i uśmiechu w Nowym Roku! Niech spełniają się wasze marzenia!! Dla jednych 2006, dla innych 18 (tutaj właśnie się kończy17), dla jeszcze innych Roku Psa. Nieważne jak będziemy nazywać – wszystkiego najlepszego!

Acha, i jeszcze dla tych, co mieli imieniny, urodziny, śluby (niepotrzebne skreślić) również dużo szczęścia i radości!

Teraz zaległości. 15 przyleciał Tomek, mnie udało się nie zgubić w drodze na lotnisko. Dworzec w Nambie wielkości Kościana został oswojony i całe szczęście, bo jak się okazuje takich wieelkich dworców w Japonii jest więcej. Udało też mi się nie zaspać. W każdym razie Tomka przywiozłam do akademika i zajęliśmy się przepakowywaniem... Potem poszliśmy zjeść okonomiyaki, a potem miałam check out. Otosan powiedział, że jestem “perfect”. Nie potłukłam żadnych naczyń, szafkę wysprzątałam. Tatami nie zniszczyłam. Ja na pożegnanie dałam otosan i okasan cukierki świąteczne z firmy “Wawel”... i było smutno. Nie mogłam uwierzyć, że się wyprowadzam. Otosan i okasan wyszli nawet przed akademik pomachać nam na pożegnanie jak wsiadaliśmy do autobusu!! Niesamowite.

Potem dostaliśmy się w miarę sprawnie do Kioto... potem nieco mniej sprawnie do hotelu. Spytany o drogę pan z obsługi metra, nie bardzo mógł się odnaleźć na mapce. Na szczęście na mapce był zaznaczona pizzeria. Okazało się, że jest tam ponoć pycha pizza, którą ów pan zna i do niej potrafił wskazać drogę. Dalej już poszło. Hotelik o nazwie “Costa del Sol” - w centrum Kioto, żeby nie było ze słońcem wiele wspólnego nie miał.. Zimno tam dość, ale za to fajna atmosfera. Zaszliśmy tam koło 16:30, żeby znaleźć karteczkę, że nikogo nie ma, ale będą po 17...Okazało się, że obsługa to w znacznej mierze studenci. Przed 17 wpadł taki jeden. I jak uznaliśmy... nie mówi po angielsku, bo zaczął przepraszać po japońsku, pytać czy długo czekamy, etc.. potem się ulokowaliśmy i mówił zawsze po japońsku... “Uznaliśmy” - bo chyba ostatniego dnia spotkaliśmy go na dole gadającego z Chińczykiem po angielsku i się zdziwiliśmy niezmiernie! Oszust i tyle.;)

Kioto nadal śliczne. Tomek powiedział, że kojarzy mu się z Krakowem i Włochami. Hm.. W sumie zabudowa czasem faktycznie włoska. Zwiedziliśmy juz chyba wszystkie możliwe świątynki – uznając na koniec zgodnie, że właściwie wszystkie wyglądają niemal identycznie! Inna była Fushimi Inari -ale głownie dlatego, że po pierwsze była szintoistyczna i po drugie zajmowała wielką górę. Zresztą liczba pojedyncza nie jest tu właściwa, bo jest to góra z mnóstwem (kilka tysięcy!!) świątynek. Chodzenie po schodach dało nam tam niezły wycisk. Na koniec znalazłam kawałek pomarańczowego tori (bramy), który postanowiłam sobie zabrać na pamiątkę. Jednocześnie, chciałam zawrzeć układ z japońskim lisim bóstwem, że oddam w czasie następnej wizyty. Przekorna dusza ze mnie. Lisy jednak bardziej przebiegłe, ledwo skończyłam mówić znalazła na ziemi masę kawałków tori... Chyba więc inari ma w nosie moje ponowne odwiedziny. Co jeszcze. Spotkaliśmy się z Erykiem na wyprawę do Arashiyamy. Śliczne miejsce – w górach, masa świątyń (tym razem buddyjskich), park, rzeka. Musiało być naprawdę pięknie jesienią wśród żółtych i czerwonych liści. Za to las bambusowy niesamowity! Było rewelacyjnie. Było też wesoło, bo zdecydowaliśmy się zjeść bento na lunch, taki obiad w pudełku... jak jedliśmy, zaczął prószyć śnieg!! Fajnie, nie? Miałam też chwilkę radości, że jednak coś wiem z japońskiego... Eryk usiłował kupić prezent dla swojej dziewczyny, wymyślił wachlarz, więc poszliśmy do sklepu z wachlarzami i pomagałam mu wytłumaczyć sprzedawcy, jaki chce i dlaczego... Do tego uradowałam sprzedawcę wiedzą o Japońskiej kulturze, bo w pewnym momencie pokazał wachlarz z kwitnącą wiśnią i zarzuciłam mu, że teraz jest zima i prezent nie powinien mieć wiosennych motywów. Bardzo go to uradowało.

Śnieg w Arashiyamie był zresztą zapowiedzią dalszych śniegów w Japonii. Ponoć wręcz historycznych. Ja to mam szczęście... najpierw historyczna wystawa lelek chryzantemowych teraz śniegi... W sumie raz nas zapadało całkiem porządnie – wybraliśmy się na wycieczkę do dalekiej świątynki w górach w miejscowości Ohara. Śnieg padał taki, że w połowie drogi zmienialiśmy autobus na taki z łańcuchami na kołach. Wycieczka jednak jak najbardziej udana. Udało nam się zrobić rewelacyjne zdjęcia w śniegu! Piękna. Po powrocie z gór, czekając na autobus dzielnie się wytrzepywaliśmy ze śniegu i rozgrzewaliśmy gorącym kakaem z automatu. Chyba jeszcze nie pisałam o automatach? Są więc napoje ciepłe i zimne w puszkach. I jest właśnie gorące kakao w puszce – moje uzależnienie, ale dzielnie z nim walczę. Zgubny czekoladowy nałóg. Wyglądaliśmy chyba wyjątkowo niezwykle – gaijini w miejscu zapomnianym przez bogów, w śnieżycy jeszcze... nawet jakiś chłopak, na oko student zagadał do Tomka (po angielsku!) skąd jest i jak wygląda zima w Polsce. Tak, to naczelne pytanie – latem było o lato w Polsce. Chociaż nie, naczelne pytanie, to czy mamy trzęsienia ziemi.

Poza tym w Kyoto zwiedziliśmy miejsca w których już wcześniej byłam. Schodziliśmy Gion wzdłóż i wszerz – gejszy i mako nie odnotowaliśmy. Ale miałam szczęście ostatnim razem. Nie udało też się nam zwiedzić muzeum strojów japońskich :( Zamknięte. Za to zakupiłam książkę o kimono. Po japońsku, ale z masą zdjęć i płytą dvd. O! Kimona nadal nie zakupiłam i chyba jednak nie zakupię.

Wybraliśmy się też na świąteczne iluminacje w Yodoyabashi. Był to najbardziej Bożonarodzeniowy element świąt.

Wigilia

Spędzona głównie w autobusie. Z pokoju w Kioto się wynieśliśmy koło 8, o 9:30 mieliśmy autobus w Tokio byliśmy jakoś koło 18:30. Ze stacji autobusowej musieliśmy się dotransportować na naszą stację mieszkalną, a potem odnaleźć hotel. Mapka była jednak dość jasna. Kiedy z nią szliśmy podeszła do nas jakaś kobitka, pytając czy może nam jakoś pomóc. A tyle się nasłuchałam o tym, że Japończycy w Tokio są koszmarni, że ignorują pytania o drogę... ech. Nieprawda! Są bardzo mili. Tokio jest dokładnie takie, jakie były moje wyobrażenia o Japonii przed przyjechaniem tutaj. Wielkie wieżowce, masa ludzi, pośpiech. Faktycznie takie jest Tokio. Miasto pełne ludzi, zwłaszcza wieczorami. Pełne lamp, neonów, hałasu. I jest na swój sposób piękne. Kioto to Kraków – niby nowe miasto, z słynnymi uniwersytetami, ale na każdym kroku zabytki, historia. Tokio to jednak zdecydowanie nie Warszawa. Mimo tłumu ludzi polubiłam to miasto. Nie wiem dlaczego. Faktycznie nie ma co tam zwiedzać. Ale jest za to masa miejsc do włóczenia się bez określonego celu. Wywłóczyliśmy się więc po wszystkich słynnych tokijskich dzielnicach, widzieliśmy panów z jakuzy i jedliśmy ramen w chińskiej knajpie! Z chińskimi kucharzami. Ginza jest ładna, Akihabara jest droga, Shinjuku jest zatłoczone sklepami i pysznym i tanim jedzeniem – wadą jest, że trzeba jeść na stojąco. Harajuku – rozczarowanie. Owszem mostek do cosplay jest. Ale samo cosplay chyba jest już nieco niemodne. Niewiele ludzi. Ale za to jedna z niewielu rzeczy godnych zwiedzenia w Tokio – świątynia z dużym parkiem i sklep z pamiątkami. Mieszkaliśmy w dzielnicy rozrywki – Ikebukuro - salonów gier było więcej niż dużo, a do tego najsłynniejsze domy towarowe. W Tokio uwierzyłam, że Japonia jest droga, a nawet bardzo droga. Choć i tam popularne są sklepy typu 100 jen (4 zł). I jedzenie jest tanie. Da się w Japonii żywić naprawdę tanio. Da się też koszmarnie drogo... wybiegając w przyszłość – dziś jesteśmy w Kobe, spacerując znaleźliśmy restaurację z wołowiną z Kobe, gdzie stek kosztuje 8 tyś jenów!! Aaaa!

W Tokio nie ma co zwiedzać, ale było świetnie! Zobaczyłam świątynkę Sengaku-ji (tak to ta w której się modli premier Jonichiro Koizumi wywołując skandale). Świątynka ładna, ale do tych z Kioto jej daleko.

Najciekawszym akcentem był wyjazd do Kamakury – miasteczka w górach w którym jest milion i troszkę świątyń... Szczegóły później, bo nie pamiętam wszystkich nazw. Spędziliśmy tam calutki dzień!

Ostatni dzień pobytu w Tokio – 29 grudnia był niezłym hardcore. Hotel opuściliśmy przed 11 rano, autobus do Osaki mieliśmy o 23:40. Włóczyliśmy się. Nogi, albo nibynóżki niemal mi odpadły. Na koniec dnia usadziliśmy się w kafejce z wielką kawą i czekaliśmy na zmiłowanie. Potem udaliśmy się na dworzec autobusowy. Tłum nieziemski. Zapowiedzi wyłącznie po japońsku. Dzielnie wysłuchiwaliśmy skąd i kiedy nasz odjeżdża. Udało się. Ledwie wsiedliśmy zasnęliśmy i spaliśmy do rana, czyli do Osaki. Stamtąd złapaliśmy pociąg do Kobe, postanowiliśmy zostawić bagaż w hotelu i iść w miasto. Check in miał być dopiero po 16. W hotelu okazało się, że nie mają rezerwacji!! Przeżyłam chwile grozy. Na szczęście pokój się znalazł i jest tańszy ;). Musiałam zadzwonić do Mayumi, która rezerwowała. Ech. Kioto – był hotelik niemal spartański – rezerwacja była. W Tokio wielki hotel – rezerwacja była. Tutaj, ponoć super sieć hoteli, standardy ISO, etc i zaginęła rezerwacja. Szkoda słów. Ale pokój świetny. Cieplutki z łazienką własną i internetem. I łóżkiem. Po raz pierwszy spałam w łóżku od 5 miesięcy. Też ok. ;)

Co Japończycy robią w nowy rok – odwiedzają świątynie, ale chyba głównie po to, żeby się najeść. Ilość straganów z jedzeniem, oszałamiająca! Jedzą jeszcze makaron soba, starając się wciągać całe nitki, a nie przegryzać – gwarantuje to długie życie. My poszliśmy do chińskiej dzielnicy – pustki. Zjedliśmy po manie – kluska na parze z czymś w środku. Moja z pomidorem, cebulką, oregano i serem. Nazywa się pizza man. Man to danie chińskie, ale nie wiem, jak się po chińsku nazywa.

Jeszcze raz -noworoczne uściski dla wszystkich. Zdjęcia i dalsze wpisy później.

wtorek, 13 grudnia 2005

Większość ludzi pojechała. Wczoraj Lina, dziś Marlyn. Pusto bez nich. Naprawdę. Zostało mi pożegnalne ciasto w lodówce. Ale powinnam być na diecie, bo wczoraj oglądałyśmy Laputę obżerając się słodyczami. Życie po japońsku;) Zimno. Wyjście na korytarz staje się naprawdę wyzwaniem, a ja jeszcze, żeby nie było za łatwo, zaziębiłam sobie nerki. Chyba bardziej lewą, bo bardziej boli. Od wczoraj na lekach przeciwbólowych. Dwa dni przed przyjazdem Tomka. Ja to mam wyczucie czasu. Mam nadzieję, że mi przejdzie. Kurcze, bez sensu tak. Nawet zakupiłam kurtkę. Miałam windstoper, wydawało mi się, że mi starcza, ale może jednak nie... Lubię ceny japońskich ubrań – kurtka zimowa (no na japońskie zimy ;) ) 1500jenów.

Okazało się, że Włoch i Meksykanka nie wracają na kolejny semestr. Dominico miał przez cały semestr permanentną tęsknotę za domem, włoskim jedzeniem, słońcem i alkoholem. Pia ma problem z chorobą mamy. Wyjeżdżała dziś... mówiła, że nie wie, czy wraca czy nie, ale raczej na nie.

Ja zakupiłam podręczniki do japońskiego, jakieś książeczki i wczoraj podjęłam próbę spakowania papierzysk. Zajęły dokładnie cały bagaż podręczny, którego nie jestem w stanie teraz podnieść. Na szczęście jest na kółeczkach. Przede mną jeszcze cała szafa pakowania. Pewnie dziś spróbuję z tym powalczyć... Czeka mnie jeszcze zrobienie prania. Zaraz (za jakieś półtorej godzinki) idę się spotkać z Kokoro na lunch. Ponieważ mam jeszcze nieco jedzenia w lodówce, właśnie lunch szykuję... Gotuje się ryż, dorzucę jakieś warzywa, może troszkę tuńczyka z puszki... Wyrejestrowałam już rower, więc muszę pójść pieszo na uczelnię, ależ mi się to nie podoba. Może tak by wziąć autobus? ;) Potem wracam, biorę rower i jadę do sklepu go sprzedać. Mam nadzieję, że nie będzie to trudna operacja.
(Po akcji. Sklep zarabia na siebie...rower, który kupiłam za 5tyś jenów, sprzedałam za 800!! Chcieli go w sklepie odkupić za 500, ale usiłowałam się targować. Podejrzewam, że do wprawy Pawła, to mi daleko, ale przynajmniej 200jenów dla mnie. Ciekawe za ile rower zostanie sprzedany w następnym semestrze...)

Dziś pod naszym akademikiem zaczęły się jakieś roboty. Od godziny 8 rano wiercenie w betonie. Aaaa. Podziwiam Mayumi. Nadal sobie smacznie śpi. Mnie wiercenie z łóżka wygoniło, mimo, że spać poszłam dość późno. Kawa na nogi póki co mnie postawiła...

niedziela, 11 grudnia 2005

Dzisiejszy wpis zainspirowany wpisem Pawła i Świętami.

Święta w Japonii pojawiły się właściwie zaraz po Halloween. Od połowy listopada w akademiku mamy choinkę. A dziś mnie Mayumi wyciągnęła na oglądanie świątecznych iluminacji. Mój aparat zdecydowanie się nie nadaje do nocnych zdjęć, ale wklejam.


Było miło. Jest sobie alejka otoczona drzewami, na nich masa kolorowych światełek i co 15 minut leci świąteczna muzyka i lampki migają w takt muzyki. I do tego mają choinkę z Norwegii. Więcej atrakcji ma być od następnej soboty. Nawet ma być rzeka podświetlona... Japończycy tłumnie nawiedzają takie miejsca i... robią zdjęcia. Chyba to takie zimowe hanami. Mnie się zatęskniło za Polską...

A teraz, co się robi w Japonii w Boże Narodzenie w kraju niemal 100% ateizmu... Zakupy, wysyła kartki? Też, ale to przed...

Święta. Moja rozmowa z Tomomi;

  • T: Przyjeżdża twój mąż tak? Jedziecie do Tokio na Święta? Chcecie iść do rabu hoteru? Może być dużo ludzi...

  • Ja: Hmmmm...???

(rabu hoteru – love hotel, hotel miłości)

Tak więc w Święta idzie się na sex. Spytałam Tomomi co ona robi. Idzie ze swoim ex facetem do Akwarium, potem na świąteczny obiad. Wyprawy na obiad to kolejna z tradycji. Kolejna wyprawy do wszelkiego rodzaju ZOO, kin i parków rozrywki. Disneyland i Universal Studio przezywają dzikie oblężenia i przygotowują masę atrakcji. I to by było na tyle, co się robi w święta. Wydaje pieniądze... głównie

piątek, 09 grudnia 2005

Spędziłam przemiły dzień na nicnierobieniu.

Rano wybrałam się z Marlyn zamknąć konto w banku. Spytałam najpierw Mayumi o wszelkie przydatne słownictwo i uzbrojona w notes pojechałam. Strasznie szybko i sympatycznie. Jedyną niedogodnością była konieczność pedałowania pod górkę. Ale powiedzmy, że to dla dobra mojej figury ;) Potem spotkałam się z Mai i Yuką. Potem znów z Marlyn i jej przyjaciółką poszłyśmy na okonomiyaki. Nie byłyśmy na nich od wieków. Pyszne. Najedzone odprowadziłyśmy Yuri na kampus, wzięłyśmy nasze rowery i wróciłyśmy do akademika, drogą nieco okrężną. Potem zrobiłyśmy galaretkę i czekając na nią oglądałyśmy Pottera. Jestem przejedzona. Oprócz galaretki zjadłam mleko z płatkami i chyba był to zły pomysł. No trudno.

Humor m troszkę zepsuł filnal – dostałam esej z uniformów. Ocena końcowa B+ Oczywiście, jest to ok ocena, ale wcześniej dostałam 3xA z esejów, więc się zdziwiłam, co tak zepsułam w finalu. Otóż, nie wykorzystałam książki, którą mi profesor polecił. Dodam – dokładnie 4 dni przed deadline, kiedy już miałam esej napisany! Książki mam zamiar zakupić, czytałam jej fragmenty, wygląda ciekawie. Oberwało mi się również za używanie polskiej literatury, o której pan nie ma pojęcia i wyraził wątpliwość czy są to prace naukowe. Ech, żałosne. Po prostu żałosne.

Dla rozrywki, jeden z nauczycieli tu został wczoraj aresztowany. Kolega ze Stanów posłał mu marihuanę. Śmieszne. Uczniowie dostali wielkie plakaty o tym, że w Japonii narkotyki są w 100% zakazane, a tutaj nauczyciele maja problemy. Ech. Co za kraj. ;)

Pożegnałam się już z Megan. Wstaje jutro świtem, więc pewnie jej nie zobaczę. Dziwnie, bo w sumie tak naprawdę zaczęłam z nią gadać dwa tygodnie temu... Oh well.

Przekopywałam sie dziś przez bibliotekę, niewiele ciekawych rzeczy :( Ani dla mnie, ani dla Anki .Najwięcej jest tu o herbacie, prawdziwe perełki. Ale teatr potraktowany dość po macoszemu, film również. O kimono znalazłam DWIE książki. Rozbudowany jest dział origami i kuchni!! Intryguje mnie to. Czy ktoś wie, czy w Jagiellonce są książki o gotowaniu? Na zdrowy rozum, powinny być, ale jakoś śmieszy mnie fakt takiej ilości książek kucharskich na uczelni, przy jednoczesnym braku książek o kulturze... Jednak Japonia kontynuuje zaskakiwanie mnie :)

Liczę dni, nie mogę się już doczekać Tokio. Mam nadzieję, że mi się spodoba. Wszyscy tutejsi Japończycy nie cierpią Tokio. Zobaczymy. Ale najpierw Kioto. Będzie więcej zdjęć na blogu :) Ostatnio już nie bardzo jest co fotografować. No i jestem zmęczona w sumie...


środa, 07 grudnia 2005
Słoneczniej

Chyba życzenia Ingloriel to sprawiły,ale dziś słoneczniej. A jak słoneczniej to od razu też jakby mniej zimno. Zakupiłam dziś bilety autobusowe na przyjazd Tomka. Sama poszłam do biura podróży i dogadałam się. Oolala! Tak więc jedziemy autobusem do Tokio. Data 24 grudnia ;) Wyjeżdżamy z Kioto o 9 rano, na Shinjuku jesteśmy jakoś koło 18. Stamtąd blisko już do naszej stacji. Gorzej z wracaniem. Mieliśmy jechać nocnym autobusem do Kobe 29 grudnia. Ale tego dnia są tylko autobusy do Osaki. Jedziemy więc nocnym do Osaki, stamtąd do Kobe pociągami. Muszę jeszcze sprawdzić jakimi dokładnie. Będzie to długi dzień... długie dwa dni właściwie. Z hotelu w Tokio wymeldowujemy się przed 11, 29.grudnia, do 23:40 musimy poczekać do autobusu. Potem rano w Osace, dostanie się do Kobe i czekanie w Kobe na check in w hotelu, chyba około 16. Ojojo. Ale co tam! Znajomości z shinkansenem chyba nie zawrę jednak. Podróż szybkim pociągiem jest faktycznie szybka (500km w jakieś 3godziny), ale jest też nieziemsko droga. Bilety w jedna stronę dla dwóch osób kosztują znacznie więcej niż autobusowe powrotne.

Wiadomość dla Ani. Znalazłam gazetę z artykułem o kabuki – malowanie twarzy, znaczenie, o słynnych aktorach kabuki, trochę o scenie. Przywiozę ją ze sobą. :)

Nie pojechałam dziś do Arashiyamy – Marlyn sie wybrały z Byrgiette, Megan zaspała. Ja się spotykałam z Mai i Yuką. Yuka poszła do fryzjera i...kompletnie się zmieniła! Wygląda świetnie! Kompletna metamorfoza. Zaczęłam się wahać, może powinnam odwiedzić fryzjera w Japonii ;) Choć chyba jednak jest to mimo wszystko droga zabawa... Lepiej kupić za to coś fajnego.

wtorek, 06 grudnia 2005

Jest zimno. Przestaję dyskutować z Włochami, Meksykanami i wszelkimi innymi na temat pogody i tego, że nie powinno mi być zimno. Jest mi zimno, bo jest zimno. A poza tym, jak się nie ma do kogo przytulić jest jeszcze zimniej.

Dziś pogoda przeszła samą siebie. Nie odważyłam się pojechać rowerem na uczelnię. Rano obudził mnie stukający w szybę deszcz i wyjący wicher. Brrr. Prysznic w nieogrzeanej łazience staje się coraz większym wyzwaniem. Ubrałam sie więc ciepło, tak mi się przynajmniej zdawało. Rano jakoś dobrnęłam na uczelnię. Może jeszcze adrenalina przed egzaminem mnie trzymała? W każdym razie wracałam złożona w pół usiłując jak najbardziej się skurczyć, żeby jak najmniej ciała wystawiać na działanie wiatru. Jejku. Po powrocie miałam skostniałe palce, więc udałam sie do kuchni żeby poratować się... gorącym barszczykiem. I tak uszczuplam zapasy od mamy na święta ;) Ale teraz naprawdę tego potrzebowałam. Po ratunku z barszczem zjadłam ryż. Odkryłam przy okazji, że ktoś podżera mój ryż i z prawie pełnej paczki zostało mi bardzo niewiele. Oczywiście jak to ja nie mogłam się powstrzymać od wyrażenia głośno, co myślę na temat złodziejstwa. Na to do kuchni weszła Tenisha i uznała, że jestem boska, bo się wściekam z pasją jak czarni i że jest to przesłodkie. Teraz to mam problemy z osobowością. Hiszpanka, Amerykanka... A nie pisałam! Ostatnio wzięto mnie za Japonkę! Co prawda z tyłu, ale zawsze ;) Teraz zostałam Nowojorską Murzynką. No cóż. Faktycznie, wściekać się potrafię. Na szczęście ryż nadal pyszny!

A z ważnych informacji. Skończyłam. Dziś miałam ostatni egzamin. Był dość trudny, ale myślę, że zrobiłam dobrze. Teraz załatwiam całą biurokrację i czekam. Potem zwiedzanie Japonii. No a potem... chyba pora napisać. Wracam do kraju 7 stycznia. Życie czasem się komplikuje, albo wyjaśnia. Na razie ciężko powiedzieć.

niedziela, 04 grudnia 2005


Wszystkich zainteresowanych moim życiem w Japonii przepraszam za off topic ;)
Generalnie wygląda tutaj chwilowo mało ciekawie. Siedzę zakopana w kanji, słówkach, gramatyce. Na dodatek pada. I odliczam czas do przyjazdu Tomka.
I jednocześnie mi troszkę smutno, bo niedługo znajomi stąd wyjeżdżają do domów i nie wiem, czy jeszcze kiedyś uda nam się spotkać. I będę tęsknić za moją room mate - Mayumi.

Trudniej o bardziej dobijającą pogodę niż dziś.

Pada od rana strasznie. I jest jakieś +7 stopni. Wilgotność brnie do prawie 100%. Zzzzzziiiiiinmmmmno!! Czuję się jakby był lekki mróz. Miałam pojechać na jakieś zakupy dziś, ale zbuntowałam się. Nie chce mi się nosa z akademika wychylać. Mam jeszcze miso, ryż, jogurt. Do jutra przeżyję. A jutro chyba pojadę autobusem na uczelnię, bo nie zapowiadają poprawy... Brrrr! Co za dzień. Kto to wymyślił.




Zakładki:
Autorka
Blogi azjatyckie
Blogi krewnych i znajomych Królika (czasem też azjatyckie ;))
Blogi, które lubię i odwiedzam
Fora
Japonia/Azja w różnych odsłonach
Kuchnia azjatycka i nie tylko
RPG
Zakładki różne
Polska


Japonia
Osaka
Click for Osaka, Japan Forecast


Kraków
Click for Krakow, Poland Forecast



Powered by JapaneseStreets.com


Copy Mandarin text here to convert it to pin1yin1!
More pinyin and zhuyin conversion tools...

CTA - Closer to Asia Association CTA News service by Closer to Asia Association' width=
Pisz swój dziennik w Internecie