piątek, 30 września 2005
Japońskie duchy.

Dziś będzie o badaniach spirytystycznych, lub ich braku. Jestem nieprzytomna – nie spałam zeszłą noc. Moja współlokatorka opuściła mnie i pojechała sobie chorować do domu. Ja po przerobieniu zadań domowych, wykuciu listy słówek udałam się na futon z zamiarem wypoczęcia przed zajęciami na 9 rano. Ledwo przysnęłam obudziło mnie wołanie, które chyba było snem, jako, że nikogo nie było. Podejrzewałam, że może Mayumi jednak wróciła, albo Marlyn ma jakąś sprawę... próbowałam usnąć i impreza się powtórzyła. No a ponieważ była noc, a w pokoju mam szafę typu “ju-on” to jakoś tak generalnie mi się wszystkie horrory przypomniały... Rano, jak mnie Mai zobaczyła spytała, co się dzieje, więc powiedziałam, że miałam sen. Okazało się, że wszystkie akademikowe japonki są przekonane o obecności ducha, bo w końcu zaraz za płotem mamy cmentarz. Co bardziej przesądne trzymają sól przy oknie drzwiach i łóżku, żeby duchy odstraszać. Wieczorem wróciła Mayumi i powiedziała, że zanim dotarłam z Judy do Japonii, spędziła dwie noce sama w tym pokoju i też miała takie sny, nie mogła spać i się bała. No i teraz mamy zgryz. Co zrobić z naszym nieproszonym gościem. Czy przepędza się je ową solą, czy krzyżem, czy może czosnkiem? Sable zasugerował porozmawianie z takim, a nie ganianie. Może się kulturalnie wyniesie. Ale po jakiemu się rozmawia z duchami?

A szafa nasza naprawdę teraz jest jakaś straszniejsza :) Jest wesoło.

czwartek, 29 września 2005

Chude Japonki

To pewnie rzuca się wszystkim po przyjechaniu do tego kraju, czy po spotkaniu Japonek w Korei, Chinach – są one strasznie chude. Nasz nauczyciel opowiadał, że w Japonii też panuje moda a odchudzanie i Japonki często nie jedzą śniadań. Nie wyjaśnia to jednak chudości niemal 90%populacji, zwłaszcza, że z akademikowych obserwacji wynika, że Japonki śniadania jedzą i to zazwyczaj dość obfite – soba lub ryż, lub jajecznica z tostami. Do tego pochłaniają naprawdę olbrzymie ilości słodyczy! Zjedzenie tabliczki czekolady po lunchu nie jest niczym niezwykłym. Acha, a o ćwiczeniach chyba niewiele osób słyszało... Siedziałam z Maryn i zastanawiałam się głośno. Marlyn zasugerowała bulimię – ale też jakoś nie mieściło mi się w głowie. A ponieważ sama postanowiłam troszkę mniej słodyczy zjadać, przypadkiem odkryłam rozwiązanie, jeszcze nie wiem, czy na pewno poprawne – do słodyczy dosypywany jest jakiś środek przeczyszczający. W związku z tym, można jeść słodycze ;)


Wszyscy jesteśmy członkami społeczeństwa japońskiego”

Wpadłam dziś na ogłoszenie o tym temacie. Rząd japoński serdecznie zaprasza wszelkich obcokrajowców mieszkających w Japonii do zarejestrowania się jako członek społeczeństwa. Zapraszani są również nielegalni imigranci, dodatkowa notka mówi, że nie będą wyciągane żadne konsekwencje (nie wiem, czemu, ale nie wierzę. Były ponoć przypadku deportowania studentów z Kansai, którzy spóźnili się z odbiorem alien karty). A teraz najlepsze – bycie członkiem społeczeństwa, nie znaczy bycie obywatelem! Nie ma się żadnych praw, czy przywilejów, po prostu jest się na oficjalnej liście mieszkających w Japonii gaijinów. Tyle. Z ciekawostek, raczej smutnych – Koreańczycy mieszkający w Japonii od pokoleń, no mniej więcej jeszcze sprzed czasów zajęcia Korei, nadal są uważani za obcych. Nie ważne, że ich rodzice urodzili się w Japonii, że oni urodzili się w Japonii, że nawet nie mówią po koreańsku, w życiu nie byli w Korei. W Japonii są alienami, noszą alien kartę i mają paszport koreański. No i oczywiście nadal mają problemy z pracą, zapleczem socjalnym i wszystkimi przywilejami wynikającymi z bycia obywatelem. Niezbyt przyjazny kraj, prawda?

A hasło o byciu obywatelami coś mocno mi przypomina hasła z pewnego dużego, środkowego kraju. Acha – gorąca linia telefoniczna służąca do rejestracji; dostępne języki – koreański, chiński, angielski. Alleluja!

środa, 28 września 2005

W sprawie autobusów – zapomniałam napisać, że nie ma takich bez klimatyzacji. Jest ona wszędzie, na stacjach, w szkole, w pokojach, w urzędach. Trzeba właściwie zabierać sweterek zawsze.

Od wczoraj u nas pada, w związku z tym dziś jechałam na uczelnię rowerem z parasolem w ręku. Postanowiłam ponaśladować Japończyków. Jechałby się łatwiej, gdyby nie zapchany książkami plecak, który przewożę w koszyku na kierownicy. Rower troszkę był mniej podatny na manewry, ale spokojnie.

Na uczelni właściwie nic nowego – przegadałam dziś pracę końcową na zajęcia z kultury i społeczeństwa. Będę pisać o uniformizacji w Japonii. Temat się spodobał. Mój nauczyciel ma zresztą polskie korzenie i stwierdził, że może kiedyś odwiedzi nasz kraj. Przyznał sie, że myślał nawet o kursie polskiego. Cieszy się, że jestem w jego klasie, bo przynajmniej poznaje punkt widzenia inny niż amerykański. Hm. A ja i tak nadal mam mieszane uczucia co do tych zajęć. No zobaczymy. Ale już mnie kojarzy, więc dobrze. 10% oceny za bycie obecną i za dyskusje już mam, no i A z pierwszego eseju. Teraz muszę siąść nad kolejnym. Ale tematy nawet całkiem przyzwoite.

Poszerza się też krąg znajomości japońskich. Dziś Mai zabrała na lunch swoja przyjaciółkę Sari. Sari bardzo chce mówić po angielsku, ale strasznie się denerwuje. Więc żeby było sprawiedliwie ja mówiłam po japońsku, ona po angielsku – Mai czasem musiała tłumaczyć, ale było bardzo fajnie.

Tak na marginesie – mam wrażenie, że wizytówki są jednak tylko w firmach. Dla studentów liczy się posiadanie komórki. To pierwsze pytanie po pytaniu o wiek ;) Tak więc już mam numer telefonu i maila do Sari.

Przez cały pobyt zgromadziłam jedną wizytówkę od Uesugi – naszego przewodnika po Narze. Ale on studiuje na najsłynniejszym technicznym uniwersytecie i prawie pracuje w Mitsubishi. :)

Teraz krótki plan zajęć na miesiąc najbliższy:

    1.X - tańce w yukacie – cały dzień, zaczyna się o 11, mamy przerwę na lunch, możemy pospacerować po kampusie, porobić zdjęcia! :) Ale się cieszę. Potem mamy mieć co prawda jakąś prezentację tańczenia, ale jakoś przeboleję.

    2.X – może Kioto

    8-9.X – Kouya san – całe buddyjskie miasteczko – masa świątyń buddyjskich, położone w górach. I będę tam nocować! Jadę z moją współlokatorką. Nie wiemy czy ktoś jeszcze się zdecyduje, zobaczymy.
    Tutaj można pooglądać w internecie zdjęcia

    10.X - poniedziałek wolny z okazji dnia sportu, więc jadę ze speaking partnerkami do Osaki, zwiedzić zamek. Jest wielki!

    15.X - Himeji – zamek szogunów, tego dnia jest tam festiwal i pokazy walk

    22.X – festiwal ognia w Kioto, Mayumi mi właśnie powiedziała i chcę jechać

    23.X – Osaka zakupy z Mai i Sari

A teraz plany naukowe, w tym miesiącu:

  • 6-8 quizów (japoński)

  • 2 duże testy – japoński

  • 3 egzaminy – japoński (a jak)

  • 3 eseje
    i chyba tyle, nie mam na szczęście innych egzaminów w mid-termie. Ale pod koniec miesiąca będę musiała zabrać się a prezentację o uniformach. Czeka mnie jeszcze przedyskutowanie pracy o filmie. Chciałabym coś związanego z Kitamurą, zobaczymy, czy się uda przeforsować. Na razie tyle, wracam do nauki na jutrzejszy test.

niedziela, 25 września 2005
Trochę zdjęć
Ja i Mai - miotanie przy miso, plackach ziemniachanych i ryżu:


I co z tego wyszło:


Mój telefon:


My tu mieszkamy, ja z Mayumi na zdjęciu na naszych drzwiach. Zresztą było to fajne doświadczenie. Mayumi wróciła z wywołanymi zdjęciami, pokazała mi to zdjęcie i zaproponowała, żebyśmy je powiesiły. Więc wisi.


"Kappa - sushi", moje pierwsze doświadczenie z sushi jeżdżącym na talerzykach dookoła. Marlyn była porażona brakiem higieny, stwierdziła, że w Stanach by to nie przeszło. Wyglądało to ciekawie, ale nie powiem, żeby strasznei zachwycało smakiem. Cena 105 jenów za talerzyk, zjadłam skromnie 5. Większość osób dookoło po minimum 10. Muszę chyba się wybrać do bardziej tradycyjnej restauracji. Sushi obrtowe smakowo porównywalne z sushi z supermarketu. Plus na supermarketowe - tańsze.

sobota, 24 września 2005
Linki
Galerie kumpelek:
Marlyn
Judy
Garść uwag:
  1. Toalety.

    Pisałam i wklejałam zdjęcie mojej elektronicznej toalety, ale tak naprawdę takie wynalazki są mniejszością wśród toalet. Najpopularniejsza, przynajmniej w rejonie Kansai, jest toaleta kuczna. Oczywiście nie jest to prosta dziura w ziemi. Tylko rodzaj sedesu,który się wpuszcza w ziemię. Nazwałam ten wynalazek “ceramiczną dziurą”. Posiada to oczywiście spłuczkę, jest chyba łatwiejsze do utrzymania w czystości. W toaletach damskich często i tak na ścianie znajduje się głośniczek z dźwiękiem szuszczącej wody. Nie wiem, czy ta toaleta jest wyrazem przyzwyczajenia do tradycji, czy może wynikiem sensownego założenia, że na normalnej toalecie nikt i tak nie usiądzie, bez użycia uprzednio masy płynów bakteriobójczych. Tak jest na pewno taniej. Toalety elektroniczne są więc tylko w domach i hotelach wyższej klasy. Poza tym należy się spodziewać toalety w stylu japońskim. Dowiedziałam się od jednej z osób mieszkających u rodziny, że toaleta elektryczna potrafi być niesamowicie udziwniona – oprócz dostępnego u nas w akademiku zestawu, można jeszcze regulować temperaturę wody w bidecie, temperaturę podgrzewania deski, regulować wysokość, nachylenie, mieć podgrzewane oparcie pod plecy i jeszcze parę innych rzeczy. Acha, z toalety też steruje się światłem i a ona wbudowany telewizor i radio. Ilość guzików ponoć przerażająca. Zwłaszcza w nocy, gdy się próbuje po omacku znaleźć właściwy. Jak dobrze, że nasz akademik nie jest aż tak nowoczesny.

  2. Pytanie o drogę.

    Naprawdę nie pytają przypadkowego przechodnia. Kiedy Mai nie wie dokąd mamy iść i proponuje, że spyta o drogę, oznacza to iście przed siebie tak długo, aż spotka się policjanta, zawiadowcę stacji, kogoś w mundurze. Przyzwyczaiłam się też, żeby po takiej informacji zacząć wypatrywać odpowiedniej osoby. Chyba raz się spytałyśmy w Kobe o świątynię kobiety na przejściu dla pieszych. Poza tym zawsze konieczna jest odpowiednia osoba. Na szczęście osobę w mundurze można spotkać częściej niż w Polsce, więc nie ma niebezpieczeństwa, że przejdzie się znaczny odcinek drogi. Dobrze zrobiłam pytając o drogę ze stacji kierowcę autobusu.

  3. Dzieci.

    Japońskie dzieci są tak samo rozwydrzone, głośnie i dziecięce, jak dzieci w innych miejscach świata. Byłyśmy wczoraj w Osace w Aquarium – muzeum-ogrodzie zoologicznym, ze wszelkimi stworzeniami wodnymi. Dzieci biegały, krzyczały, przepychały się, czasem beczały, darły się. Zupełnie jak w podobnym muzeum w Szwecji ;) A dziś zaskoczyłam małą dziewczynkę. Wpadła na mnie brojąc na ławce. Spojrzała i zamarła, wgapiając się we mnie. Zaskoczyły ją moje oczy chyba najbardziej. Dziwne uczucie. Nikt się nigdy z takim ogromem zdziwienia we mnie nie patrzył. Dziadek usiłował przekonać dziewczynkę do powiedzenia przepraszam, ale nie dało się. Po prostu stała i patrzyła. Nieco inna reakcja, u nas dzieci chyba zazwyczaj uciekają w objęcia dorosłych i zerkają spode łba.

  4. Ameryka

    Nie wiem, jak ugryźć ten temat, ale wydaje mi się ciekawy. Z jednej strony, Japończycy robią wiele rzeczy, bo są przekonani, że tak robią Amerykanie. Czasem Amerykanin to po prostu synonim białego człowieka. Wydawałoby się więc, że jest to kompletne uwielbienie. Poza tym, wiele dziewczyn chce wyjść za mąż za Amerykanina. Nie wiedzą NIC o Ameryce, nie są w stanie odpowiedzieć, czemu chcą wyjść za Amerykanina, zazwyczaj żadnego nie znają. Po prostu mąż Amerykanin wydaję się być lepszy niż każdy inny. Do tego amerykańskie kawiarnie, restauracje na każdej ulicy. Z drugiej strony, zupełny brak szacunku dla Amerykanów – barbarzyńców, nie mających pojęcia o Japonii, zachowujących się jak dzikie bestie. Wielu ludzi deklaruje niechęć do Ameryki. Widzą w nich brudasów, krzykaczy, rozrabiaków. Czasem zyskuję plusy, gdy mówię, że nie jestem z USA. Niesamowita ambiwalencja. Do uwielbienia japońskich dziewczyn dla zagranicznych facetów dołączyć trzeba nienawiść niemal japońskich facetów do białych mężczyzn. Mieliśmy juz tu kilka jakiś popchnięć na ulicy, jakieś pobicie, oplucie. Nasz nauczyciel (ma żonę Japonkę) też mówił, że kilka razy doświadczył podobnych incydentów.

  5. Rowery.

    Rzecz naprawdę niezwykła. Naród, o którego grzeczności napisano grube tomy, na rowerach zamienia się nie do poznania. Roweru nie obowiązują żadne zasady ruchu drogowego. Jak świeci się czerwone światło, to się zjeżdża na chodnik i stosuje zielone światło dla pieszych. Rowerem można jeździć po dowolnej stronie ulicy, albo zgodnie z zasadami ruchu kołowego – po lewej, albo można się uznać za “pieszego”i jechać po stronie prawej. Przyznam, że przy wąskości ulic tutaj wydaje mi się o nieco niebezpieczne. Ponadto większość rowerów nie posiada świateł. Nie wiem, czy Japończycy opanowali umiejętność widzenia w ciemnościach, czy po prostu uważają światło za rzecz zbędną. Osobiście skłaniam się do pierwszej możliwości, a o dlatego, że w moim rowerze światło przestało wczoraj działać, a wracałam wieczorem i czułam się niepewni. Nie wiedziałam, czy samochody na pewno mnie widzą, poza tym brak pobocza. W miejscu gdzie kończy się asfalt znajduje się rynsztok, przykryty blachą, zdarza się jednak, że czasem brakuje blachy i zamiast kawałka pobocza mamy dziurę. Też to bezpieczeństwu nie sprzyja. A nie mając światła, miałam problem z dostrzeganiem takich szczegółów. Japończykom zdawało się to nie przeszkadzać, zwyczajowo pędzili na rowerach niczym szaleni... Widzą w ciemnościach? Dzwonienie na pieszych na chodnikach to norma. No bo jakim prawem ktoś idzie po chodniku, po którym my jedziemy? Nie ma mowy o grzecznym sumimasen, zastanawiam się, czy w Hirakacie krążą opowieści o Marlyn. Nie ma ona dzwonka i krzyczy sumimasen. I jest jedyna ;)
    Ja nauczyłam się dzwonić. Oby mi to nie weszło w nawyk, bo w Polsce chyba nie powinnam się rządzić na chodniku?

  6. Pranie.

    Pralki działają na zimną wodę, nie wiem, czy wszystkie, ale Mayumi powiedziała mi, że to całkiem popularne, bo mniej się niszczą ubrania. Ja jednak chciałbym sobie ubrania poniszczyć, a przynajmniej mieć jakiś wybór temperatury! Moje białe bluzeczki z tygodnia na tydzień są mniej białe, mimo posiadania podobno dobrego proszku. Ciekawe, że suszarka w mniemaniu japońskim nie niszczy ubrań. Zastanawiajace...

  7. Komórki.

    Pierwsze zaskoczenie – ja muszę płacić, gdy ktoś do mnie dzwoni, czy wysyła maila. Znaczy nie za wysłanie maila płacę, ale za załadowanie go z serwera sieci komórkowej na mój telefon... Z płaceniem, fakt, że groszy, gdy ktoś dzwoni już się nie mogę połapać. Dowiedziałam się, że niektóre telefony stacjonarne też tak działają. Płaci się, gdy ktoś dzwoni. Nie mogę tego pojąć. A najdziwniejsze jest to, że Japończycy uważają to za normalne i podejrzany jest brak opłat!! Nie wiem, może to z grzeczności “skoro, już ktoś do mnie dzwoni, to wypada, żebym dzielił się kosztami”? Nie wiem, to taka moja interpretacja.

czwartek, 22 września 2005
Różowo mi - kupiłam różowy telefon
Telefon mozna oglądać na tej stronie (drugi od prawej) :
http://www.vodafone.jp/prepaid/kisyu/

Zdjęcia zrobię później. Na razie jestem zakręcona. Opcja milczy, nazywa sie tu "dobre maniery". Miałam problem z lokalizacją. Menu i instrukcje mam po angielsku, ale nadal wszystkiego nie rozgryzłam. Walczę...

wtorek, 20 września 2005
Japonki, torebki i cała reszta...
Niech ktoś mi wyjaśni - dlaczego u licha cięzkiego Japonki noszę torebki, czasem dość ciężkie w najmniej wygodny  z możliwych sposób. Mianowicie trzyma się przed sobą wyciagniętą, zgiętą rękę i torebka spoczywa w zagłębieniu łokcia. Niektóre dziewczyny mają to miejsce kompletnie sine... Ale twardo noszą tak torebki. Spróbowałam w pokoju. Straszne!! A robi tak zdecydowana większość. Gdzie logika?

Dziś byłam pierwszy raz w klubie sadou - ceremonii herbacianej. Ojojo. Nie wiem, co o tym myśleć. Jestem jedyną gaijinką i na razie budzę zdziwienie i raczej niepokój niż jakieś przyjazne uczucia. Poza tym drogi ten klub. Waham się...Ale postanowiłam pospać z problemem.

Zrobiłam dziś zupe miso. Wyszło nawet ok :) Remi powiedziała, że mam ją nauczyć. Ściema! Potem stwierdziła, że na pewno mam japońskich przodków, bo poprawnie wymawiam japońskie wyrazy i rewelacyjnie gouje japońskie potrawy. Miło posłuchac komplementów, ale jakoś w nie nie wierzę, Miso smakowało jak miso, ale nie bylo żadnym cudem.

Mam już bilet o zamku w Osace, Kazu wrucił mi go dziś do skrzynki i wysłał wiadomość. Umówilam się z nim na czwartek, żeby podarować pierniczki toruńskie w ramach podziękowań. No i teraz muszę pojechać do Osaki :)

A na razie, żeby mi nie zarzucano, że się za dobrze bawię...wracam do nauki, kolejny test - w czwartek, potem chyba dwa w przyszłym tygodniu. I pora zabrać się za kolejne eseje. A tak się dobrze bawilam w przedłużony weekend. ;p
Kore wa watashi no jidensha desu :)



niedziela, 18 września 2005
Uwaga, długi wpis...

Weekend prawie zbliża się ku końcowi, na szczęście jutro jest święto - “Narodowy Dzień Szacunku Dla Starszych”. Z tej okazji wszyscy mają wolne. Wolne mamy też w piątek, więc naprawdę lubię najbliższy tydzień.

Obiecałam sobie solennie prowadzić bardziej naukowe obserwacje i bardziej uporządkowanie o wszystkim opowiadać, ale ciężko. Jestem tu miesiąc i nadal mam wrażenie, że nie będzie nigdy dnia, żeby coś mnie nie zaskoczyło.

Wczoraj niemile zaskoczyli mnie studenci zagraniczni. Na wczorajszym gohan (danie z ryżu) i miso-party pojawiły się 4 osoby!! Zapisanych było 20. 2 z tych czterech były zapisane, ja i Marlyn się wprosiłyśmy. I dobrze. Kazu dziś przysłał mi przepraszającego maila, że bardzo mu przykro, że party nie wyszło. W odpowiedzi posłałam mu również przepraszającego maila, bo głupio mi z powodu reszty gaijinów. Acha, co się robi, gdy ktoś oferuje bilet wstępu do muzeum? Okazało się, że klub Przyjaźni dysponuje darmowymi biletami, a Kazu i Reiko strasznie zaimponowałam moim zawziętym zwiedzaniem i faktem, że tyle wiem o ich kraju, że postanowili mnie owym biletem obdarować. Chyba się odwdzięczę pierniczkami toruńskimi ;) Choć generalnie nie wiem, czy w ogóle powinnam przyjąć bilet? Ech, zakręcona japońska logika.

Lekcja etykiety:
Nie mówienie “nie”. Kwestia ta została poruszona na japońskim, gdy uczyliśmy się zapraszania kogoś. Z odpowiedziami na zaproszenie nie było łatwo, bo, o ile odpowiedź “tak”, problemów nie sprawia, to zamiast nie, używa się “chotto”, co dosłownie znaczy trochę. Padło pytanie skąd wiadomo, że ktoś odpowiada chotto, bo nie ma czasu, ale poszedłby gdzieś w innym terminie, a odpowiada tak, bo nas serdecznie nie cierpi i nie ma ochoty nigdy, nigdzie z nami wyjść. NA lekcji tego nie wyjaśniliśmy, żeby nie tracić czasu. Dopytałam Mayumi i Remi – okazało się, że oni intonują – chotto, żałujące jest kończone wydłużonym “o” i można postarać się jeszcze brzmieć smutno. Chotto, znaczące nie cierpię cię, wypowiada się przez lekko zaciśnięt zęby, uzyskując efekt syczenia. Powtórzyłam za Mayumi. Dziewczyny mnie pochwaliły, twierdząc, że mówię idealnie, jak trzeba. Heh. Przypomniała mi się scena z Kill Billa, gdy Hattori Hanzo chwali Czarną Mambę za to, że ma japoński język i mów, jak Japończyk. Mam poczucie, że pochwały Remi i mayumi, to taka sama ściema ;)

Kobe
Niewiele zrobiłam zdjęć. 10 lat temu Kobe nawiedziło wielkie trzęsieni ziemi. Dziś tego nie widać. Dziś miasto jest jednym wielkim centrum handlowym! Zwłaszcza okolice porty. Myślę, że podróżni zdążający na statek mogą mieć problemy ze znalezieniem terminalu. Zasłaniają go wieżowce, park rozrywki, kawiarnie, restauracje i wszelkie dobra konsumpcyjne. Trzeba przyznać – wyjątkowo gustownie rozmieszczone. Już powoli się przyzwyczaiłam do brzydoty domów, braku przestrzeni między nimi. Kobe jest piękne. Nowoczesne do bólu, ale naprawdę piękne. Tylko zupełnie nie nadaje się na zdjęcia. Ciężko sfotografować wieżowiec, który trzebaby łapać na trzy razy aparatem, lub wnętrze centrum handlowego zatłoczone po brzegi ludźmi.

Na dzień dobry poszłyśmy do chramu shintoistycznego, poświęconego lisom. Widziałam chrzest!! Akurat trafiłyśmy na początek ceremonii. Trójka dzieci w chusto-becikach z jedwabiu w kolorowe wzory z jakimiś żurawiami i innymi żółwiami długowieczności i pomyślności. Ciekawy patent – mamy miały te chusty przewiązane przez ramię, z tyłu fajne węzełki – z przodu dziecko. Tatusiowie, dla odróżnienia od innych gości mieli na szyjach białe chusty. Nie ma instytucji chrzestnych. Impreza trwała może ze 20 minut. Zaczęło się od bicia w bębny, potem kapłan coś recytował, potem chodził z papierową miotłą i trząsł nią nad dziećmi. Potem bęben, potem mniszka tańczyła i potem goście pili czarkę sake. Zdjęć nie robiłam, jako, że staliśmy poza świątynią i testowe zdjęcie wyszło zbyt ciemne. Tym niemniej widok niesamowity. Mai i Yuka mnie załamały tylko, bo powiedziały, że ta mniszka jest prawdziwa. Spytałam, czy są nieprawdziwe i okazało się, że dużo studentek bierze jako prace na pół etatu (arbaito) pracowanie jako mniszka! Załamałam się. Ponoć wyjątkowo jest to popularne w okresie noworocznym. Aaaaa! Ech ta japońska religijność. Acha, Mai stwierdziła, że ona nie płaci przed każdą modlitwą. Ale jest chyba wyjątkiem. Każdy Japończyk, zanim uderzy w dzwon, najpierw wrzuci pieniądz do skarbonki. Zważywszy na to, że w świątyni jest zazwyczaj kilka ołtarzyków, takie modlitwy to drogi interes. “Stój i płać”, jak mówi budda :).

Po modłach nadeszła pora lunchu. Akurat zdarzyło nam się być w porcie, który jest najdroższą z możliwych dzielnic. Ale cóż było robić. Mai wpadła na pomysł zamówienia czegoś i podzielenia się. Poszłyśmy więc do pizzerii. Zestaw lunchowy składał się z: pizzy, sałatki, czegoś z owoców morza, chleba do sałatki, ciasteczka i soku. Podzieliłyśmy dzielnie wszystko na trzy osoby. Kelnerka miała chyba z nas niezły ubaw. Ale nie czułam się tym razem, jak durny gaijin, bo było to wspólne dzielenie. Obiad i tak wyniósł nas 500jenów. Ale pizza była duża i się najadłam. A na marginesie – Włosi mogą być dumni. Pizza była po prostu obłędnie pyszna. Na cieniutkim spodzie z idealną ilością składników, podana wyjątkowo apetycznie. Mniam.

Potem numer dzielenia powtórzyłyśmy w centrum słodyczowym. W Kobe jest całe piętro malla poświęcone słodyczom. Każda z nas wzięła coś innego i się dzieliłyśmy. Yuka stwierdziła, ze fajnie iść na słodycze z przyjaciółmi, bo tak można od siebie próbować, a tak, jak ze znajomymi się idzie, to nie wypada. Aaaa! Jedzenie zbliża ludzi :)

Na koniec pobytu w Kobe wylądowałam w chińskiej dzielnicy. Byłam ciekawa, czy mam czego zazdrościć Adze i chłopakom. Pewnie jedzenia. Ogromna ilość. Skusiłam się na słodką kulkę ciasta - japońskie słodycze bardziej mi podchodzę. Chińska dzielnica poza tym śmieszna. Składa się właściwie z jednej tylko ulicy zapchanej wózkami z jedzeniem i jest miejscem, gdzie Japończycy mogą się pozachowywać swobodnie (jak Chińczycy znaczy?). W każdym razie rozsiadają się tam na ulicy z jedzeniem, krzyczą, świetnie bawią. A potem idą do fotografa i przebierają się w chińskie stroje :) To mnie najbardziej rozbawiło. Chińskie stroje takie jak u nas w sklepach indyjskich, tylko, że w nieziemskich cenach. Generalnie, Wojtek, jest interes do zrobienia. Oprócz wysyłania truskawek do Japonii (3 truskawki w cenie 300-500jenów), proponuję wysyłać miseczki, zabawki i inne. Miseczki, jakie widziałam w sklepach po 4 złote, w Kobe osiągały cenę 700jenów!! Widziałam nawet takiego samego węża z drewna jak w Krakowie – w Krakowie 6 złotych, tu za 980jenów. Nie powiedziałam o tym Mai i Yuce, nie miałam serca.

Potem jeszcze się poszlajałśmy po sklepach, czego wynikiem był zakup bluzeczki. Trafiłyśmy na wyprzedaż w stylu “dwie sztuki w cenie jednej” i obie z Mai przymierzałyśmy bluzeczki. Były dobre, więc zakupiłyśmy. Po podziale, wyszło, że zapłaciłam za ną 780 jenów. Średnia cena ubrań to 2000jenów. Spieszę donieść, że bluzeczka nie jest różowa. Ma za to małą falbankę. Nie jest też czarna, a zielona. Ładna. I niedroga.

Niestety generalnie uszczupliłam dziś swój portfelik, niestety koleje faktycznie do tanich nie należą i ciężko zjeść cokolwiek taniej niż w stołówce studenckiej. Postanowiłam zakupić jutro pudełko na lunch i zabierać jedzenie do szkoły i gotować też obiady. Jednak jest jeszcze mnóstwo miejsc do odwiedzenia i trzeba na to pieniędzy. Waham się cały czas z zakupem telefonu, ale chyba warto, go mieć. Poza tym, to będzie też około 3-4 tyś. Jenów, więc nie tak źle. I idę do klubu. Na UJ tego nie ma, a ja jestem tu po to, żeby jak najwięcej skorzystać. Możliwe, że to mój pierwszy i ostatni raz w Japonii, nie wiem, ja będzie z wracaniem tu – choć dzielnie w każdej świątyni i chramie powtarzam pokorną prośbę o możliwość powtórnego nawiedzenia tych miejsc. W każdym razie – idę do klubu. I tak żyję oszczędnie w porównaniu z większością Amerykanów spędzających każdy weekend w nocnym klubie, na karaoke itp. Większość z nich pojechała też do Universal Studio w Osace. Nie ma chyba droższej atrakcji. Dziwni mnie to podwójnie, bo mają US w Stanach.. My nie mamy, a jakoś mnie nie ciągnie. Wolę zjeść coś japońskiego i zwiedzać. Przynajmniej się integruję z Japończykami. Staram się.

Jutro robię placki ziemniaczane! Trzymajcie kciuki! Rowerem na razie tylko raz byłam na zakupach. Miałyśmy z Marlyn plan pojeździć wczoraj, ale się rozpadało. Dziś ledwo się ruszam ze zmęczenia, więc rower odłożony na jutro po plackach ziemniaczanych. Mam nadzieję, że wypali. Jutro też postaram się w końcu zrobić fotke.

A teraz zaszywam się w wypożyczonej książce – Banana Yoshimoto “Asleep”. Jutro wypadałoby pouczyć się, bo urządziłam sobie wakacje na całego. Od piątku nie otworzyłam żadnej książki. A jakieś nowe słówka czekają.

Za tydzień do Osaki z Kokoro. Potem jest jeszcze dzien na Kouya san, jeden na Himeji (15 października, wtedy jest festiwal tam) i dwa dni na Kyoto ;) i Kansai będzie mniej więcej odwiedzone. Potem trzeba by pomyśleć o pójściu do teatru w Osace. Mogę pójśc do żeńskiego - Takarazuka (w końcu powstał w Osace), lub klasycznie: no, bunraku, kabuki. Osobiście intryguje mnie lalkowy. Zobaczymy

 
1 , 2 , 3
Zakładki:
Autorka
Blogi azjatyckie
Blogi krewnych i znajomych Królika (czasem też azjatyckie ;))
Blogi, które lubię i odwiedzam
Fora
Japonia/Azja w różnych odsłonach
Kuchnia azjatycka i nie tylko
RPG
Zakładki różne
Polska


Japonia
Osaka
Click for Osaka, Japan Forecast


Kraków
Click for Krakow, Poland Forecast



Powered by JapaneseStreets.com


Copy Mandarin text here to convert it to pin1yin1!
More pinyin and zhuyin conversion tools...

CTA - Closer to Asia Association CTA News service by Closer to Asia Association' width=
Pisz swój dziennik w Internecie