niedziela, 30 września 2007
Death Trance

Wydawało mi się, że japońskie kino kocham bezkrytycznie. Kilka filmów uświadomiło mi, że jednak nie. Nie byłam w stanie obejrzeć Tokyo Zombie. Wytrzymałam 5 minut. Nadal bardzo mi się podoba idea filmu – wysypisko, gdzie można wynieść niepotrzebne rzeczy i niepotrzebnych ludzi zaczyna żyć własnym życiem. Jednak pojawiająca się para chyba głównych bohaterów zniesmaczyła mnie i znudziła i odebrała ochotę do dalszego oglądania. Może kiedyś.

Na wakacjach obejrzeliśmy w całości Cool Dimension (chyba tłumaczone u nas jako Zabójcze i Bezlitosne) i przyznam, że większej głupoty nie widziałam dawno. Tzn nawet chyba nie o tą głupotę tu idzie, bo głupsze filmy oglądałam, ale o brak czegokolwiek, co od głupoty ratuje – np. jakiś kilku scen walki :P Albo kilku dialogów, które potrafią zamienić najgorszy film w perełkę. W CD nic takiego nie ma, a całość jak dla mnie bardzo żałośnie i nieudanie naśladuje boski, cudny, wspaniały chiński film: So Close . So Close bynajmniej mądre nie jest, ale jest ładne. I to na tyle ładne, że przymknęłam oko na całą resztę. Może kiedyś zresztą dokładniej opiszę.

CD naśladuje Kill Billa, jego odział pięknych i zabójczych Zabójczyń ;) Co niestety też mu dobrze nie wróży. Gorszej chały dawno nie widziałam.

 

Death Trance przywrócił mi jednak wiarę w japońskie produkcje o niczym od których nie można się oderwać. Film jest ekranizacją mangi , do której co prawda nie dotarłam, ale mam nadzieję, że nie straciłam za wiele. No może fabuła była dla mnie nieco bardziej zakręcona. Nie bardzo mogłam sobie sklasyfikować głównego bohatera.

Co więc mamy w filmie. Mamy przepiękne fantastyczne scenerie – świątynia w łańcuchach, wytatuowani mnisi strzegący trumny, kapitalni bohaterowie – pod względem wyglądu rzecz jasne. Istna parada dziwaków – anioły, wampiry, straszne małe dziewczynki, jeszcze straszniejsze duże dziewczynki, białowłosi dziwacy i jeszcze parę innych. Wszystko okraszone obłędnymi scenami walki i jeszcze innymi scenami walki. A jako dodatek wieeelkie miecze niczym z Final Fantasy, przemieszanie broni tradycyjnej z nowoczesną i wszelkie połączenia pomiędzy nimi. Katana-dubeltówka – lub coś podobnego jest cudna.


Fabuła, intryga? Jak w tego typu produkcjach to rzecz drugoplanowa. Ale spróbujmy. Jest Klasztor, w klasztorze trumna. I jest plotka, że kto zdobędzie trumnę, zaniesie do bardzo nieciekawego lasu na Zachodzie i tam otworzy zdobędzie – no właśnie nie do końca wiadomo co – skarby, spełnienie największego życzenia, lub jeszcze coś innego.

Oprócz plotki jest też prawda – w trumnie uwięziono Boginię Zniszczenia. Taka japońska Puszka Pandory. Człowiek zamknięty w trumnie po wypuszczeniu go z niej byłby wściekły, nic więc dziwnego, że wizja otwarcia trumny z Boginią jest dość przerażająca.

Zarówno plotka jak i prawda sprawia, że „pretendentów” do trumny nie jest mało. Oczywiście większość to postaci tła, bo tak naprawdę liczą się 4 osoby:

  • jedyny ocalały mnich,

  • wspomniany już główny Hero

  • tajemnicza kobieta w kimono z gotyckimi koronkami

  • i pan z irokezem, który okazuje się w sumie tą najtragiczniejszą postacią, choć na początku zdaje się być tą najbardziej skretyniałą.


Mamy więc jakąś tam mitologię, postaci z legend, super bohaterów i zwykłych ludzi.


Cóż więc w filmie urzeka? Walka! Przecudna choreografia walk. Różnych stylów walki. Czyli to za co wielbię filmy azjatyckie i przez co czasem najlepsze nawet filmy zachodnie nie mają u mnie szans. Jak już jest walka, o ma być pokazana dobrze. A nie na ciasnych ujęciach na których przewijają się skrzywione twarze bijących... Wzdech. Daleko za Azją jesteśmy pod tym względem, daleko.

Poza tym film jest śliczny. Kostiumy genialne. Powiedziałabym, że skoncentrowane Harajuku w najlepszym wydaniu. I zupełnie nie jest istotne, jak ma się to do jakiegokolwiek realizmu. A ma się nijak, zwłaszcza w momencie, kiedy usłyszałam w tle walki dźwięk warczącego silnika i w środku lasu pojawił się człowiek na motocyklu.

I jeszcze jako deser w filmie mamy J-metal. Czyli ciężka muzyka według Japończyków. To też jest na pewno godne uwagi.


Troszeczkę hamując mój zachwyt. I starając się wprowadzić nutkę obiektywizmu...

Ten film nie spodoba się wielu osobom. Żeby uznać ten film za cudny należy:

  • uwielbiać Final Fantasy i ogólnie japońskie gry konsolowe

  • mieć świra na punkcie dziwnej japońskiej mody i generalnie popkulturowej estetyki

  • nie doszukiwać się realizmu

  • nie mieć uprzedzeń do dziwnej broni, która mogłaby być kataną, gdyby nie to, że świeci, strzela i iskry miota.

  • nie mieć uprzedzeń do niezrozumiałej fabuły

  • właściwe nie oczekiwać od filmu fabuły, a raczej doznań estetycznych

  • co jest oczywiste, ale wspomnę – lubić mangowe fantasy

Na koniec tradycyjnie konkrety:

Reżyser: Yûji Shimomura

Data produkcji: 2006

Występują:

Tak Sakaguchi ... Grave/Coffin Man

Honoka Asada ... Girl

Yôko Fujita ... Goddess of destruction

Cała reszta na IMDB


I jeszcze trailer:

I „erotyczna” walka finałowa ;) z muzyką Within Temptation

Odległości toskańskie mogą być mylące dla kogoś, kto nie widział ich dróg. Są to kręte, wąskie dróżki, gdzie szczytem prędkości jest 40km/h. I jest to już prędkość tak zawrotna, że ma się wrażenie małej przyczepności do asfaltu. Nie ma więc radosnego hasania i zwiedzania. Odległość do supermarketu 30 - czas jazdy – jakaś godzina. Sklep najbliżej nas znajduje się w Roccalbegna , jakieś 9 km.

Bliżej mamy na pizzę – 6 km. Pizza w Kasztanowym Parku jest zdecydowanie warta wspomnienia. Pizza jest cudowna! Duża na cieniutkim cieście z przeróżnymi dodatkami. W tym też z moimi ulubionymi karczochami. Wspomnieć jednak trzeba także o miejscu – brzydko tam niemiłosiernie. Może park i ładny, ale pizzeria wygląda jak stara, zapomniana komunistyczna restauracja, z drewnopodobną lamperią na ścianach. Klimat restauracyjno – stołówkowy. Aż przykro. Za to pizza wynagradza wszystko. Przystawka carpaccio z dzika również.

Deserów nie spróbowaliśmy, zawsze zabrakło nam sił.

 

A w Roccalbegna, w sklepie jest zabawnie. Sklep czynny teoretycznie codziennie, z przerwą na sjestę. W praktyce czynny tylko rano.

Zakupy trwają od minut 20, jak nie ma nikogo, do około 45 jak się stoi za kimś w kolejce. Sklep teoretycznie jest samoobsługowy. Pan kroi wędliny, podaje pieczywo, ale resztę bierze się samemu do koszyka i idzie do kasy.

No chyba, że jest się włoską babcią.

Włoska babcia nie będzie przecież sama nosić towaru. Od tego ma kasjera – młodego Paolo. Paolo został z miejsca naszym idolem. Założenie, że młodzi ludzie ruszaja się szybciej jest błędne. Paolo jest idealnie wpasowany w sklep w Roccalbegna i będzie pakował z namaszczeniem zakupy. Będzie podawał włoskiej babci wszelkie paczki, paczuszki Nie ważne, że ustawia się przez to w sklepie kolejka. W końcu Ci ludzie nie pójdą nigdzie indziej, nie zrezygnują z zakupów. Po cóż więc się spieszyć...

Niesamowite.

Jesteśmy już kolejny tydzień w Polsce – nadal nie mogę przywyknąć do rzucania zakupami w kasie w markecie. Może jednak Włosi wiedzą, co robią...


Kończąc obszerny temat włoskiego jedzenia, nie sposób wspomnieć jeszcze o winach. Mam wrażenie, że w Toskanii nie ma złego wina. Próbowaliśmy różnych i zawsze były to wina jakości przyzwoitej.

Jednak chwilowo moim ulubionym jest chyba Brunello di Montalcino – zakupione oczywiście w Montalcino ;)

Drugim winem z którego to miasto słynie to Rosso do Montalcino.

W samym Montalcino poza sklepami z winem nie ma właściwie nic. Jest fort - przerobiony na sklep z winem. Ale dla wina wybrać się warto. I dla miodów. Są przeróżne. Mnie skusił miód lawendowy.

A w kolejnym odcinku będzie w końcu troszkę o zabytkach, którym porobiliśmy zdjęcia.  

Jedne rzecz mnie zafascynowała  - zarówno w San Giminiano, jak i we Florencji w wielu sklepach, lodziarniach, barach były napisy po japońsku. Japończycy zalewają południe? 

I robią sobie zdjęcia z jedzeniem ;)  I robią zdjęcia nam (mnie i Tomkowi) siedzącym na schoach przed galerią Uffizi . Hmmm?


czwartek, 27 września 2007
The International Shakuhachi Society

Takie cudo znalazłam poszukując japońskiej muzyki tradycyjnej.

Można posłuchać fragmentów "Shin ume wa saitaka"; utworu, który tańczę. Na szczęście moje nagranie jest znacznie bardziej wygładzone, bo takie, jak na tej stronie dla większości osób mogłyby być niestrawne. 

Dla wytrwałych muzyka znajduje się  TUTAJ 

Przetrenowałam zakładanie yukaty - nadal umiem. Uff! Nie bardzo mi wychodzi odsłanianie karku a'la maiko, ale już trudno. Zresztą do tego potrzeba dwóch osób. Poza tym i tak skandalem jest tańczenie wiosennego utworu w letniej yukacie pod koniec września. Pójdę do jigoku. Albo odrodzę się w Japonii. Zobaczymy. W każdym razie, skoro Megumi, wnuczka tancerki mnie nie pobiła jeszcze, to pewnie Toru też jakoś mi to wybaczy.

 

Na tropie kanapek

Kanapki to podstawa wakacji. Zaczyna się już oczywiście od kanapek domowych na drogę. A potem kanapkuje się zwiedzając, żeby po powrocie dopiero zjeść coś większego. Kanapki pozwalają zaoszczędzić czas.

Zwłaszcza jeśli z powodu odległości zwiedza się miasta w blokach – Corotona, Arezzo; Montalcino, Montepulciano.

W tym ostatnim właśnie są najlepsze na świecie kanapki. Pozostałe kanapkowe miejsca to – Pienza i Siena – kolejność nie chronologiczna a pysznościowa.

Ponieważ nasze zwiedzanie jest mało standardowe – nie biegamy od zabytku do zabytku, a raczej włóczymy się po uliczkach, miałam problem z odtworzeniem miejsca, gdzie pyszne kanapki Montepulciano jedliśmy. Po naradach wyszło, że to chyba Via di San Donato, uliczka boczna od głównego placu.

Sklep typu - troszkę z jedzeniowymi pamiątkami a troszkę najzwyczajniejszy sklep z wędlinami.

Kanapki przygotowywane na miejscu. Pani w sklepie jest straszna! Taka olbrzymia, stara włoszka poruszająca się tak strasznie wolno, że wydaje się to aż niemożliwe. Szykowanie kanapek dla 4 osób zajęło jej jakieś 20 minut.

W mojej było dokładnie 6 plasterków szynki prosciuctto i 4 plasterki sera pecorino.

Każdy plasterek został z namaszczeniem odkrojony i ułożony na bułce.

Tomka kanapka miała inną suszoną szynkę, niestety zapomniałam nazwę i sos truflowy.

Aga i Kuba mieli jedną kanapkę, jak Tomek a drugą z serem, szynką i marynowaną cukinią – niesamowita sprawa. Pyszna była.

Kanapki były ogromne. Nasyciły nas do bardzo późnego wieczora.

Są to też jedyne kanapki, którym nie zrobiliśmy zdjęć, bo zdążylismy je zjeść, zanim na to wpadliśmy. Trudno.

 

Kanapki nr 2 to kanapki z Pienzy.

Skusiły nas lokalne babcie, które wpadły do sklepu i każda zamówiła kanapkę z ogromną gotowaną szynką. Mnie ta kanapka specjalnie nie urzekła, bo była dość tłusta, ale skoro lokalni jadają trzeba było spróbować. Na szczęście oprócz tej tłustej szynki, była również suszona szynka z dzika. Taką właśnie wybrałam sobie do kanapek. Była to wersja uboższa niż kanapki z Montepulciano – tylko jednoskładnikowa, ale pyszna.

 

Kanapka nr 3 – Siena. Bardzo smaczne, bo jedzone na Piazza del Campo. Kanapki jednak bardzo zwyczajne - wędlina, ser, pomidor. No, może nie aż tak zwyczajne, bo szynka to prosciuctto, a ser to mozzarella. W tamtych miastach jednak były to wyraźnie wyroby regionalne, a tutaj supermarketowe. Na moją wielką miłość do Sieny nie miało to wpływu. W rankingu ukochanych włoskich miast na pierwszym miejscu nadal Siena. Uwielbiam siedzenie na bruku Piazza del Campo. Jak mieliśmy już ruszyć zwiedzać nawet się zastanawiałam, czy nie zostać tam sobie.

 

Kanapki nr 4 – wycieczka do „gorących” źródeł i powrót. Zainspirowani kanapkami włoskimi, postanowiliśmy też się pobawić w kanapkowanie. Naszego kanapki oczywiście były najlepsze. :)

Składały się z pesto - część z bazyliowego, a część z orzechowego. Do tego było raz pecorino, a raz mozzarella i przepyszna suszona szynka. W ramach warzywa – papryka. Cuuudo.

I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie fakt, że toskańskie pieczywo jest niesmaczne, bo zupełnie nie słone.

Tak we Włoszech są źródła. Po raz pierwszy pojechaliśmy spędzać wakacje razem z Włochami. Doświadczenie ciekawe, lecz nie wiem, czy będziemy powtarzać.

Opisze razem następnym. Wraz z zabytkami w końcu. Bo na razie zdecydowanie są to wspomnienia kulinarne.

środa, 26 września 2007
Prezentacja

Siedzę nad prezentacją, przeglądam zdjęcia z Japonii, w przerwie sobie taniec powtarzam i stwierdzam, że tęsknię za Japonią.

Chciałabym tam na troszkę wrócić. Tak mało wiem, że aż mi przykro. Nadal masa rzeczy to moje domysły jakoś tam umotywowane pobytem w Japonii.

Dopiero po powrocie ułożyło mi się w głowie ilu rzeczy nie zrobiłam, czemu się nie przyjrzałam. Teraz układając zdjęcia, myśląc o czym będę opowiadać mam wrażenie, że wiem tak niewiele...

A w końcu całkiem dużo. 

Tęsknię i jednocześnie wiem, że nie chciałabym tam na stałe zamieszkać. Najmilej byłoby pojechać na jakieś badania. Z ogromnym stypendium pozwalającym swobodnie podróżować, robić badania, zapisać się na kurs klasycznego tańca.

No nic wracam do pracy.

O Toskanii będzie niedługo, obiecuję! 

 

 

poniedziałek, 24 września 2007
Zapraszam

Wieczór będzie miał swoją kontynuację:

"4 października, czwartek, godzina 18:00

Prezentacja japońskiego filmu „Dolls” („Lalki”), reż. Takeshi Kitano poprzedzona krótkim wprowadzeniem w tematykę filmu (Dorota Barańska)

Kino Kijów, al. Krasińskiego 34. 

Ilość miejsc w Kinie ograniczona. Zainteresowanych prosimy o kontakt z SJO GLOSSA i zarezerwowanie wejściówki (aktualne do wyczerpania wejściówek)."

 

niedziela, 23 września 2007

Uwielbiam oglądać wszelkie filmiki typu - kostiumy w filmie, dźwięki, etc. Dziś obejrzałam sobie, jak powstały potworki w filmie Silent Hill. Ciekawe, 12 minut:

 
Czy komuś ich sposób poruszania też kojarzy się z tańcem Butō? 
Trudna aklimatyzacja

Dlaczego zawsze, gdy wracam do domu muszę się rozchorować? Tym razem lekko na szczęście. Trzyma mnie jakaś gorączka, jestem rozbita.

Do tego Tomek w Stanach, od środy.

Dziś pojechali rodzice - byli od piątku.

Są za to koty - Fiero z depresją i obrażony - bo nie mam ogrodu, wołowinki i w ogóle to nie a Tomka, a on z babą gadać nie będzie, chlip :( Ciekawe kiedy mu się głupio zrobi...

Za to MaKota, jako 100% mojego kota tuli się, mruczy i oczywiście śpi ze mną. Dobrze, że choć jeden kot jest taki pozytywny.

 

Cd Toskanii niedługo.

Niedługo w końcu też złożę sobie do kupy wpis na temat Pottera. Przeczytałam 7 część, dzięki Dziewczynce, bo mi na wakacje pożyczyła. No i okropnie zakręcona tą częścią jestem. Bo jest świetnie napisana. Ale, żeby taki pogrom zrobić? Tyle postaci uśmiercić i to moich ukochanych??

Dziś biję potworki w "Diablo" ;) O!

Choć troszkę kusi mnie, żeby włączyć sobie Fatal Frame...

środa, 19 września 2007
Toskania c.d.

Wakacje mają wiele zalet – jedna z nich jest możliwość bezkarnego lenienia się. Zwłaszcza, jak nie ma się internetu, a ma basen. Tak więc, oprócz zwiedzania, mieliśmy też kilka dni absolutnego lenistwa. Najważniejszymi problemami do rozważenia były - co zjeść na obiad i czy najpierw zjeść sałatkę owocową, czy może coś konkretnego ;)

Właśnie kolejny dzień po podróży i po Arezzo zapoczątkował sezon zostawania w La Pieve.

Opalaliśmy się, choć ponoć to niezdrowe. Jestem całkiem brązowa i czuję się całkiem zdrowo, naładowana pozytywną energią. Jednak, żeby zupełnie się nie przykleić do leżaka też nieco się poruszaliśmy – podjęliśmy próbę grania w badmintona, jednak wiał za silny wiatr. Za to, dzięki Adze i Kubie odkryliśmy bule . W bule już gra się fajnie, ale niestety przegrywamy :(

Na pocieszenie sobie popływałam. Basen na wakacjach to rzecz podstawowa – nawet jeśli czasem woda zimna. Rekord zimna, to 17 stopni – oczywiście i tak pływałam, choć jako jedyna.


Dzień ten też zapoczątkował odkrywanie toskańskich specjałów jedzeniowych. Śniadanie – toskański suchy placek chlebowy maczany w oliwie z bazylią i do tego sałatka nicejska. Lunch/obiad - sałatka owocowa z melona, bananów i nektarynek oraz zebranych przez Agnieszkę jeżyn. W drodze do naszej posiadłości rosną ogromne krzaki jeżyn. Mniam!

Jeżyn starczyło jeszcze na zapas sosu jeżynowego, który trafił do zamrażarki, a potem został zużyty do ryżu z mlekiem i tiramisu – tak zrobiliśmy tiramisu :)

Ponieważ na miejscu są do dyspozycji grille, wieczorem zrobiliśmy grill. Mięsko z piersi kurczaka zamarynowane (oliwa+ czosnek+ chili + tymianek +ocet balsamiczny + sól i pieprz), do niego sałatka (sałaty mieszane, pomidor, papryka). I troszkę pieczywa. Kulinarne rozkosze wakacji.

Dopiero później wybraliśmy się na cudowną, doskonałą, niesamowitą, obłędną, jedyną w swoim rodzaju pizzę :) Ale warto już o niej wspomnieć. Pizzeria też niezapomniana – lamperie na ścianie i klimat taki stołówkowy. Za pierwszym razem przeżyliśmy lekki szok. Ale pizza wynagradza wszystko.

A lody z baru Vivoli we Florencji– te polecane przez przewodnik – są aktualnie na pierwszym miejscu w moim rankingu najlepszych lodów na świecie. Udało im się wyprzedzić lody szwedzkie i japońskie zielono-herbaciane.... A co ciekawe, lodziarnia jednak nie była oblegana przez tłumy turystów – większość z nich kupowała lody w okolicach Duomo – bardzo apetycznie wyglądające ogromne porcje. Vivoli nie jest najtańsze, jest dość drogie. Porcje lodów są też dość małe. Niestety – to ich minus. Ale warto.

Jeśli chodzi o lody wyjazdowe to klasyfikacja wygląda następująco – Vivoli, Paganico i na samym końcu lody z San Giminiano, ponoć najlepsze na świecie - lodziarz należy do zwycięskiego teamu z zeszłorocznych międzynarodowych zawodów lodziarskich. Według mnie nie zasłużył, choć na pewno były tam zaskakujące smaki do nabycia – np. lody bagietkowe...

Zgłodniałam od tych wspomnień.

Może w ramach terapii napisze krótko jeszcze o „austriackiej fantazji” - tekst Kuby. Otóż Austria chyba nikomu z nas nie kojarzy się z krajem ludzi z ogromną wyobraźnią. Można mówić o austriackim porządku, jedzeniu, ale fantazji? Otóż w kraju tym, w miejscach gdzie są roboty drogowe i stoi się w korku, umieszcza się tablice informujące ile jeszcze kilometrów robót zostało. Oczywiście nie to jest zaskakujące, ale narysowane pod tą informacją emotikonki – jak dużo jeszcze przed nami są takie skwaszone, klnące, wkurzone, im bliżej do końca – staję się bardziej neutralne, aby przy końcu zacząć się nieśmiało uśmiechać i pożegnać nas szerokim uśmiechem :D

Miłe, prawda?

Tak więc chyba od tego się wzięło określenie austriacka fantazja; które jakoś dziwnym trafem, obok Wróżki Krótkonóżki weszło na stałe do wakacyjnego słownika.


wtorek, 18 września 2007
Jak zostałam wróżką

Wpis z nutką autoironii ;)

Wyjazd do Toskanii wyzwolił we mnie magiczne umiejętności.

Wąskie drogi i pojawiające się na nich nagle duże samochody doprowadzały nas do rozpaczy. Któregoś razu rzuciłam w pojazd przed nami: „zjeżdżaj z drogi” i pojazd o dziwo zjechał...i kolejny..i kolejny. Na razie moje umiejętności dotyczą tylko pojazdów, nie udało mi się zaczarować słońca, żeby świeciło bardziej.

Poza tym, jak podsumowała Agnieszka moja magia jest taka dość ostra i negatywna – zjeżdżaj, spadaj, spływaj (to o deszczu ;)), więc to może dlatego na razie z pozytywnymi elementami nie wychodzi.

I na pewno chodzi też o to, że nie jestem profesjonalną czarodziejką.

Bo od tego też się zaczęło. Kiedy samochód zjechał – tomek stwierdził, że jestem czarodziejka. A ponieważ zupełnie automatycznie nasunęło mi się „Czarodziejka z Księżyca”, przyrównałam się do bohaterek (moja ulubiona była Czarodziejka z Saturna ;)) - no i porównanie uzmysłowiło mi, że Czarodziejki miały bardzo dłuuugie nogi, co na pewno wpływało na skuteczność magii.

Moje wątpliwości wyartykułowałam na głos i czego się doczekałam? Stwierdzenia: „no to jesteś Wróżka Krótkonóżka” .

Tak więc oficjalnie się przedstawiam: Wróżka Bayushka Krótkonóżka miło mi bardzo.

W kolejnym odcinku będzie o „austriackiej fantazji” :P

A poważniej - wrzuciłam zdjęcia na sieć, na razie tylko moje i Tomka, będą jeszcze od Agi i Kuby.

Można je zobaczyć tutaj:

Toskania 2007

Będą się też pojawiać wybrane zdjęcia wraz z kolejnymi wpisami, wtedy pewnie oglądanie ich będzie bardziej sensowne, bo na razie to takie oglądanie albumu bez komentarza.

 
1 , 2
Zakładki:
Autorka
Blogi azjatyckie
Blogi krewnych i znajomych Królika (czasem też azjatyckie ;))
Blogi, które lubię i odwiedzam
Fora
Japonia/Azja w różnych odsłonach
Kuchnia azjatycka i nie tylko
RPG
Zakładki różne
Polska


Japonia
Osaka
Click for Osaka, Japan Forecast


Kraków
Click for Krakow, Poland Forecast



Powered by JapaneseStreets.com


Copy Mandarin text here to convert it to pin1yin1!
More pinyin and zhuyin conversion tools...

CTA - Closer to Asia Association CTA News service by Closer to Asia Association' width=
Pisz swój dziennik w Internecie