piątek, 28 października 2005
Bon odori - Plum trees in bloom

Było zabawnie. Oczywiście na początku wszystkie panikowałyśmy, bałyśmy się, że zapomniałyśmy kroków i takie tam. Ale wyszło naprawdę fajnie. We did it!! Skakałyśmy z radości po występie i rzuciłyśmy się na przygotowany przez nasze nauczycielki lunch, który właściwie miałyśmy zjeść przed ale nie wyszło. Zgarnęłyśmy naprawdę burzę oklasków, wielkie podziękowania i może będziemy jeszcze tańczyć na Festiwalu Międzynarodowym na Uczelni.

Teraz zła wiadomość. Mayumi nie dotarła, nie mam za wiele zdjęć. Będziemy się wymieniać z dziewczynami, więc będzie więcej. Na razie tylko trzy. Reszta nie nadaje się do niczego. Kiepska jakość niestety :( Przykro mi strasznie. Ale mamy dostać kasetę wideo z występu. Jeszcze sama nie wiem, czy chce to zobaczyć... W tej chwili cieszę się i myślę, że zrobiłam dobrze, ale na kasecie
zapewne widać błędy etc. W każdym razie była to super zabawa.

Część grupy - od lewej Sophia (Tajwan), taka jedna, Rachel (między nami Sara z USA), Zhao Lu (Chiny). Małe oszustwo - ja tańczę z kwiatami, ale akurat pod ręką był wachlarz ;)


Moja japońska fryzura po dopięciu sztucznych włosów i kiwatów:


Ja i Zhao Lu, zbliżenie makijażu...

W japońskim robię postępy. Miałam dziś fazę spotykania ludzi – ekipę z gotowania. Kazu stwierdził, że robię niesamowite postępy ;) Ha
No i dziś z nauczycielkami też po japońsku. Nawet jakoś się udało. Tańczyłam w kimono kobiety, która mnie ubierała, była strasznie szczęśliwa z tego powodu ;)

Popołudniu spotkałam się z poznaną w pracowni komputerowej Tomomi. Czasem jednak udaje się jakoś przypadkie poznać Japończyków. Było bardzo sympatycznie. Umówiłyśmy się na kolejny raz. Też spora część konwersacji była po japońsku. Trudno czasem, ale budujące jest, że ludzie mnie rozumieją mimo tego, że naprawdę używam znikomą część gramatyki. Jak już naprawdę nie wiem, jak powiedzieć przechodzę na angielski. Najczęściej jednak jest wrzucanie angielskich słów w zdania po japońsku

Z innych wieści – ruch drogowy. Dowiedziałam się od naszego nauczyciela, że nie ma w prawie o ruchu drogowym zapisu, że czerwone światło znaczy “stop”. To wyjaśniałoby niemal przejechanie mnie w Kyoto! Ponoć światło czerwone Japończycy interpretują jak “wypadałoby zwiększyć uwagę i może się zatrzymać”...nie wiem, czy to prawda z tym prawem, ale faktycznie z czerwonym światłem bywa różnie.

Przede mną teraz pracowity weekend - kolejne testy, eseje i quizy. Ale w czwrtek może w koncu do Himeji, jade z Rachel, wracajac chcemy jeszcze raz do Kobie do chińskiej dzielnicy.
Tak, chińskiego stram się nie zapominać, znaki zapuszczone, ale konwersacje ok. Rachel już mnie rozumie, z Sophią wczoraj wracałam do akacemika i...nie mogłysmy się dogadać z czymś po angielsku, więc przeszłyśmy na chiński ;) No, powiedzmy, że był to chinski. W każdym razie udało się nam porozumieć. Ale fajnie! Przyznam się, że tęsknię za chińskim. Jednak ten język brzmi ślicznie.

piątek, 21 października 2005
Ubieranie się w Japonii
Jest to sprawa problematyczna. Zastanawiam się, czy oni czasem nadal nie żyją w epoce "zmiany szat". Mam wrażenie, że stroje są dopasowane do pory roku, a nie pogody w danej porze roku. Teraz mamy oficjalną jesień, więc nosi się długi rękaw. Jeśli jest ciepło, to się narzeka, że ciepło, ale nie zdejmuje długiego rękawka. Czemu? Bo nie. Jeśli wieczory są zimne też się nic dodatkowego nie zakłada. Dodatkowy rękaw można założyć zimą. Koniec. Moje Japonki były bardzo zdziwione, gdy pewnego deszczowego dnia założyłam przeciwdeszczowy płaszczyk. Jest leciutki, ale im kojarzył się zimowo! Rany, co za naród.

Walczę właśnie z esejem na temat mizu shobai - wodnego biznesu - czyli po prostu sex-przemysłu. Pytanie brzmi, czy Japończycy są bardzo perwersyjni, czy wszyscy Japończycy są zboczeni, co z Japonkami, czemu miejsca związane z sexem są tak popularnie i jak to wygląda w moim kraju. Właściwe sama się zastanawiam, jak to wygląda w Polsce, czy ktoś prowadził jakieś naukwe badania? Bo na temat mizu shobai napisano tomiska grube, "poważne" profesorki pracowały w hostess barach i innych żeby robić badania. Miałam więc z czego korzystać, do tego dopytywałam Japonki... A z Polską miałam problem z ustaleniem, czy w ogóle prostytucja jest legalna czy nie. Życie seksualne Polaków widać nie jest aż tak interesujące.

Udało mi się wywalczyć ostatni możliwy termin na prezentację w klasie - 30 listopad. Akurat, tydzień później jest ostateczny termin oddania pracy. Piszę o mundurkach w Japonii. Właściwie bardziej o znaczeniu ubioru - stroju, jako wyrazie ról społecznych, pozycji. Nie tylko będzie o mundurkach szkolnych. Mam szansę podopytywać tu ludzi, porobić własne zdjęcia. Powinno być ciekawie. Z doktoratem jak na razie nie zrobiłam nic. Zupełnie nie ma kiedy :(
Pora też zdecydować o temacie na "Kino Japońskie". Zgadujcie... Jasne! Kitamura! Porównanie "Aragami" i "2LDK". Mam nadzieję, że prof.Berry to zaakceptuje. Trzymać kciuki!
Mówiłam już, że nie cierpię "Hana bi". A na najbliższy esej mam porównać to z "Tokio-byouri". Bleeee! Na szczęście jest jeszcze troszkę czasu - 1 listopad. Po drodze mam test słówek, duży test, wizytę w szkole i tańczenie ;)
Wizyta w szkole, nie pisałam chyba jeszcze? Idziemy odwiedzić szkołę podstawową z grupą z japońskiego i bawić się z dziećmi: grać w piłkę, skłdacć origami i robić kaligrafię. I mamy mieć z nimi lunch. Boję się...
Zastanawiam się, czy jest to oswajanie japońskich dzieci z gaijinami, żeby potem nie uciekały z krzykiem. Mayumi opowiadała mi, że jej pierwsze doświadczenie z białym było przerażające - miała może z 5 lat, gaijinem był pzryjaciel jej taty z prac. Australijczyk wymiarów koszykarza, nieco podtuczonego koszykarza. Jej tata zaprosił go kiedyś na obiad. Mówi, że uciekła z wrzaskiem do pokoju ;) Wypominają jej to do tej pory ;)
Kiku Ningyo
Zaległe zdjęcia z pokazu lalek ubranych w chryzantemy. Tematem był Yoshitsune Minamoto i wojna Taira-Minamoto. W Polsce właściwie też teraz chryzantemowo w okolicach święta zmarłych. A ja się dowiedziałam na pokazie, że jest około 300 gatunków chryzantem. A Europa zawdzięcza je Japonii! Acha, w Japonii chryzantema nie ma nic wspólnego ze zmarłymi ;) Pamiętam opowieść mojego nauczyciela japońskiego, jak wręczył kiedyś swojej żonie (Polce) chryzantemy. No co...ładne kwiaty :)

Przed wejściem:


Ponieważ sceny były opisane wyłącznie po japońsku ciężko mi ustalić o co chodzi. Ale było i tak zachwycajace:


A lalki naprawdę są wielkości człowieka!






Chiński element w Japonii - lalki chińskie w strojach grup etnicznych. Na dole czwarta od lewej to Han, jak mnie Rachel oświeciła. Właściwie była w stanie rozpoznać większość ze strojów, ale zapomniałam.

wtorek, 18 października 2005
Zimnawo

Chyba w końcu nadciąga do nas jesień. Niestety. Tak było miło w upały. Dziś nawet zmarzłam wracając z zajęć. Głównym winowajcą był wiatr, który pojawił się nie wiadomo skąd. Miałam problem z podjechaniem pod małą górkę, która zazwyczaj nie jest żadnym problemem, ba, zazwyczaj wyprzedzam na niej pełznących pod górę Japończyków. Takie mi się skojarzenie ze Szwecją nasunęło - i tam i tu wszyscy jeżdżą od dzieciństwa na rowerach. W Szwecji jednak ludzie naprawdę na owych rowerach pędzą - przypomniały mi się dwie 60-latki, które mnie tam wyprzedzały (fakt, miały rower z przerzutkami); tutaj takie coś nie wchodzi w grę - czasem można zobaczyć kogoś jadącego szybko, ale zazwyczaj na rowerze się pełznie pisząc jednocześnie maile, czytając, patrząc w niebo... Tako to jest.

Midtermy za mną, można mi gratulować nocy spędzonych nad słówkami, zadaniami domowymi, godzinami w laboratorium językowym. Dostałam 97,5% z mówienia, słuchania i gramatyki i 96% z pisania i czytania. Niestety na odpoczynek po tak ciężkiej pracy nie ma co liczyć. Od jutra do piątku quizy (w sumie 3), na dziś był esej, na poniedziałek i wtorek kolejne.
A w sobotę jadę do Kioto na festiwal ognia. Wrócę w niedzielę. Impreza trwa całą noc. Jest to jeden z większych festiwali w Japonii, podobno zawsze są przedzikie tłumy. Boję się. Już miałam raz tłum festiwalowy, było strasznie. A festiwal był małego kalibru. Zobaczymy. Nie wiem, jak będzie ze zdjęciami, nocne zazwyczaj nie wychodzą dobrze. Powinnam mieć bardziej zaawansowany sprzęt. Może jeszcze sobie taki sprawię tutaj ;)



piątek, 14 października 2005
Oficjalny Alien
Od dziś jestem posiadaczką Certificate Of Alien Registration. Jestem oficjalnie członkiem społeczeństwa japońskiego i zarejestrowanym alienem w tym społeczeństwie. Oj, kraj co najmniej podwójnych kodów i wieloznaczności. No nic, dowiedziałam się jakimi kanji zapisuje się mój adres ;) W końcu. Nie czuję, żeby posiadanie karty mnie zmieniło.

Oficjalnie ogłaszam też koniec tygodnia egzaminów. Cztery egzaminy za mną, teraz czekam na wyniki. Powinny być dobre. Po raz pierwszy miałam akcję czytania na czas - nauczycielka włączyła stoper, a ja miałam minutę czasu i stronę tekstu - zabawa polegała na tym, żeby dojść jak najdalej i zrobić jak najmniej błędów. Ale głupi ci Rzymianie.

Dla znających Bruczkowskiego - widziałam "Przyjaciela kalorii" - batonik energetyczny, występujący w 4 smakach, ma 200kalorii ;) Jeszcze nie próbowałam. Ale prawdopodobnie wkrótce przejdę na dietę 1000kalorii, więc żeby było łatwo obliczać przerzucę się na "Przyjaciela"

Lekcja anatomii - Japończycy maja dwa żołądki, ot cała tajemnica pochłaniania dzikich ilości jedzenia wyjaśniona. Otóż dowiedziałam się, że istnieje powiedzenie o ludziach lubiących słodycze, że mają dwa żołądki - jeden właśnie na słodycze. wszyscy pytani przeze mnie Japończycy zadeklarowali posiadanie dwóch żołądków. Już kiedyś w pewnym tekście na zajęciach czytaliśmy o różnicach w budowie mózgu. Teraz nowe wieści.

Oglądałam nieco japońskich magazynów o modzie. Boże! Zakupię i pokażę. Opowiedzieć się nie da. Poznałam Księżniczkę. Księżniczka jest Japończykiem noszącym długie włosy, damskie kolczyki w uszach, torebkę z wężowej skóry na ramieniu i kamizelki z futerka. Znalazł już kilku naśladowców. Czekam na rozwój wydarzeń. Niedawno przyszedł na uczelnie w przepasce na włosy. Bardzo interesuje go moda męska w Polsce. Na wieść, że wielu mężczyzn nosi plecaki zareagował spazmatycznym: "ale to takie niegustowne". Bawię się nieźle z grupą Szwedek.

Mama doniosła mi, że Bator zdobyła jakąś tam nagrodę za "Wachlarz japoński" i przybliżanie kultury japońskiej. Zostawiam bez komentarza.

Wagony dla kobiet w metrze faktycznie istnieją. Jechałam takim w Osace. Działa to tylko w w dni powszednie na niektórych liniach - tych łączących duże firmy. Ecchi występują tam w ilościach znacznych. Hm. Japonia jako kraj obmacywaczy pociągowych? Nie drążę dalej...

Ja coraz lepsza w jeżdżeniu rowerem po japońsku - w spódniczce i z torebką na ramieniu. O! A jak.

Linki, tyle jest festiwali tylko w mojej prowincji:
http://kto.co.jp/new/modules/piCal/index.php?cid=1
W niedzielę wybieram się na festiwal chryzantem pod znakiem shinsengumi oprócz historii skojarzenia z Kenshinem i Gohatto jak najbardziej na miejscu!
Jutro idę ćwiczyć tańczenie na pokaz, wcześniej lunch (śniadanie) z Kokro, wieczorem przychodzą Mai i Yuka na okonomiyaki.

A teraz prośba o poradę, co zrobić, żeby przestać jeść słodycze? Bo chyba się uzależniłam, a nie chcę podwajać swojej objętości... Pomocy? Ktoś wie?
Po dojechaniu na miejsce - leje:


Ogródek zen:


W naszej światyni przy obiedzie:


Obiad:


Słodycze, które dostałam:


Niedziela:






Przed mauzoleum Tokugawów:


Cmentarz:








wtorek, 11 października 2005
Nie haiku, ale nauka o kwiatach w ogrodzie, gdzie przeprowadza się ceremonię herbacianą. Słowa Jo-o skierowane do Sen no Rikyu (ponoć)

Look with deliberate attention
At the flowers in the autumn,
And you will surely find
Various flowers in the grass.

niedziela, 09 października 2005
Kōya-san

Cudowne miejsce. Ale przygód co niemiara. Po pierwsze miałyśmy z Mayumi wstać świtem w sobotę i jechać, zwiedzać, potem spać w świątyni i potem wrócić. Niestety obie zaspałyśmy. Znów spisek komórkowy?? Obudziłyśmy się koło 10. W sumie nawet nie najgorzej, zwłaszcza, że okazało się, że leje. I to solidnie. Siadłyśmy obie w oknie zamartwiając się co robić. W końcu zdecydowałyśmy, że bierzemy prysznic coś jemy i jedziemy. Najwyżej tylko się prześpimy i może w niedzielę się pogoda zmieni. Droga zajmuje jakieś trzy godziny i jest niestety kosztowna. Po drodze jadłyśmy lunch. Po drodze znaczy w pociągu ;) Kupiłyśmy sushi i szaszłyka kurczakowego i ciacho herbaciane w Nambie (Osaka). Nie wiedziałam, że Japończycy praktykują jedzenie w pociągu ;) I zazwyczaj nie praktykują – siedziałyśmy troszkę z tyłu wagonu, nie rzucając się w oczy. To była moja pierwsza przygoda z jedzeniem sushi pałeczkami w pociągu. Były to takie długie wałeczki sushi, więc troszkę się obawiałam. Ale doświadczenie miłe.

Po dojechaniu na miejsce poszłyśmy do świątyni Kongobuji – zwierzchnia do pozostałych w Kōya-san. Jest ich tam może ze sto, może więcej! Zwiedzanie – oglądanie malowideł tuszowych, drzeworytów, zenowych ogródków, a potem odpoczynek przy zielonej herbacie i ciasteczku troszkę nam zajęło, więc potem udałyśmy sie do “naszej świątyni” - Haryoin. Świątynka zamieszkana przez dwóch mnichów!! Okazała nie była, ale przyjemna. Zaczęło się zabawnie. Ponieważ Mayumi uprzedziła, że będzie z gaijinką, przygotowano mi gaijinskie obuwie – większe niż japońskie. Jak wiadomo gaijin o duże zwierzę. Zazwyczaj się może to sprawdza. Ale jednak nie w moim przypadku. Dostąpiłam więc zaszczytu używanie japońskiego obuwia. Po dotarciu do pokoju wskoczyłyśmy w yukaty (letnie kimono, ale też rodzaj piżamy i jednocześnie podomki w hotelach w stylu japońskim – popularne jest jedzenie w tym), dorwałyśmy do słodyczy i zajęłyśmy czekaniem na obiad i fotografowaniem ;)

Obiad. Doświadczenie niecodzienne – po pierwsze – miałam okazję jeść przy tym małym stoliczku, gdzie jest mnóstwo potraw wystawionych (nie pamiętam nazwy, przepraszam). Poza mną i Mayumi było 10 osób. W tym jeden Niemiec. Najpierw o jedzeniu, wegetariański, jak to w świątyni buddyjskiej – obowiązkowo ryż – w kociołku, z którego nakładało się do własnej miseczki. A do tego – kociołek pełen warzyw ustawiony na podgrzewaczu, tofu z sosem sojowym – niesamowita odmiana tofu – taki miękki i lepki i pyszny! Do tego różne piklowane warzywa i na deser brzoskwinia. Było pysznie!

Teraz o ludziach. Niesamowicie miło. Nie mogę tylko pojąć dlaczego wszyscy uparli się ze mną rozmawiać po japońsku, do Niemca mówili po anielsku! No widać sprawiałam lepsze wrażenie. Po pierwsze nosiłam yukatę no i siedziałam w stylu seiza – tak jak na ceremonii herbacianej i wywołałam niesamowite poruszenie, bo jak się okazało niewiele Japończyków jest w stanie długo w tej pozycji wytrzymać. Nie wiem, czemu, to przecież całkiem wygodne! Z pomocą Mayumi udało się porozmawiać o japońskiej kulturze, co ja właściwie tu robię, trzęsieniach ziemi i innych takich. Na koniec zeszło na słodycze i niespodziewanie zostałyśmy z Maymi obdarowane słodyczami przez jednego z gości. Zaskoczyło mnie to bardzo. Słodycze – japońskie ciastka z zielonej herbaty z dżemem fasolowym, ale opakowane w liście. Wyglądało ślicznie i było pyszne. Dziś mną targały wyrzuty sumienia, bo znalazłam te ciastka w sklepie i tanie nie były. Ale co tam. Po kolacji zebrałam jeszcze oklaski za bezbolesne przejście z senza to pionu.

To jednak nie koniec wrażeń. Kąpiel też była w stylu japońskim. Zaraz po kolacji. Wyjaśniam – siedzenie na małym stoliku, namydlenie się porządne, doczyszczenie i potem chlup do wanny, a właściwie mini basenu z gorącą (niemal wrzącą) wodą. Mayumi była w 7 niebie. Powiedziała, że bardzo jej brakuje tego w akademiku, gdzie mamy tylko prysznice. Powiedziała, że kompletnie się nie umie zrelaksować. Ja nie wiem do końca czy lubię się gotować, ale doświadczenie na pewno ciekawe. Poza tym troszkę czasu mi zajęło oswojenie się z myślą, że kąpiemy się tak zbiorowo z wszystkimi kobietami. Teraz już chyba doświadczyłam wszystkich japońskich rzeczy, które mnie ciekawiły. Po kąpieli Mayumi stwierdziła, że przydałoby się coś alkoholowego wypić, więc udałyśmy się do pobliskiego sklepu rozkupić boshi-sake; leciutki drink lekko słony, ze względu na obecność słonej śliwki - boshi, ale dosłodzony pomarańczowym sokiem. Tylko, że zanim mogłyśmy się napić musiałyśmy zmierzyć się z ogromnym pająkiem, który stanął na szczycie schodów do na piętro świątyni, gdzie były pokoje. Stanął dokładnie na środku schodów, żeby nie dało się go wyminąć, a potem zaczął biec w naszym kierunku. Zbiegłyśmy na dół... Po dłuższej chwili podjęłyśmy próbę przedostania się do pokoju – biegiem i z piskiem. Taka akcja już niestety nie mogła pozostać niezauważona. Z pomocą pośpieszył nam inny z gości świątyni. Okazało się, że chyba na całym świecie kobiety boją się pająków i na całym świecie mężczyźni je przed nimi ratują. Ponieważ była to świątynia, pan pająka złapał w rękę i wyniósł za okno. Sake okazała się niezwykle przydatna po tym doświadczeniu. :)

Na marginesie – nie jestem buddystką, ukatrupiłam w nocy ze stado komarów i innych nieznanych mi stworów wysysających moją krew. Mimo tego rano naliczyłam w okolicach 23 ugryzień!! I mimo posiadania sprayu przeciw komarom!! Aaaaaaaaaa. Co za bestie?

Niedziela

Wstałyśmy świtem. Właściwie jeszcze ciemno było. Godzina przed 6, budziki zadziałały. Po szybkim myciu w zimnej, tym razem, wodzie udałyśmy się na modły. Ja postanowiłam odpokutować zabijane komarów po świątyni i prosić, żeby nie wcielić się w komara w przyszłym życiu. Tak na wszelki wypadek. Po modłach główny mnich przyszedł porozmawiać z nami i znów miałam zmagania z językiem. Było dość ciężko, bo Mayumi miała problemy ze zrozumieniem go! Mnich był dość stary i mówił niewyraźnie. Ale jakoś było.

Zebrałam kolejną porcję pochwał za prawidłowe siedzenie :)

Potem japońskie śniadanie. Pierwszy raz w moim życiu. Japońskie śniadanie składa się ze śniadaniowej odmiany ryżu – bardziej lepki i słodkawy w smaku. MNIAM! Pycha! Cudowna spawa do ryżu z cukrem i cynamonem :) Do tego zupa miso – warzywa, śliwka i plasterki nori! Nori służą nie tylko do zawijania w nie sushi, ale też zjada się je po prostu maczając wcześniej w sosie sojowym. Śniadanie pożywne i cieplutkie. Bo jednak poranek w górach jest ziiiiiiimny! Mimo założenia na siebie wszystkiego co miałam było mi chłodno. Możliwe,że to też z niewyspania, bo jednak większość nocy spędziłam na walce ze stworami gryzącymi. Po śniadaniu musiałyśmy się wyprowadzić ze świątyni, więc spakowałyśmy manatki, poszukałyśmy automatu z gorącą kawą i ruszyłyśmy zwiedzać. Najpierw mauzoleum Tokugawów. Potem kompleks świątyń – Kanpon daito, Kondo, Fudo-do. Miałyśmy kolejna miłą przygodę z mnichem, który najpierw wziął nas za licealistki, a potem postanowił oprowadzić po świątyni rysując dla mnie wiele wyjaśnień, jak stoją posągi, co to znaczy, etc. Coś rozumiałam, resztę mi Mayumi dotlumaczała. Ale sympatycznie. Wiele ludzi się do nas dołączyło, bo było naprawdę ciekawie. Przy okazji wysłuchałam legendy o trójnogu rzuconym z Chin, który wylądował w Kōya-san. Na tym miejscu rośnie sosna, która ma trochę potrójnych igieł, jak się takie znajdzie, trzeba trzymać w portfelu, a spełnią się życzenia. Mam taką w portfelu już :)

Przemiły dzień. Dowiedziałam się przy okazji, że niektórzy mnisi nie mogą latać samolotem – zabronione. Ale nie wiem, czemu. Dame i tyle. Na koniec zwiedzania udałyśmy się na największy cmentarz buddyjski. Mam zdjęcie pomnika Bashō (tego od haiku). Poza tym cmentarz wielki i cudowny. Aaaaa.... i płynie tam rzeka. Ale nadal nie umiem wyjaśnić związku złych duchów i wody. Woda jednak kojarzy się zazwyczaj pozytywnie. Choć Mayumi powiedziała, że pierwsze skojarzenie, to zimno i z duchem też i może dlatego. A rzeka cmentarna tak jakby oddzielała gdyby od ścieżki po której się szło, więc motyw płynącej wody jako granicy? Okunin (ów cmentarz) ma jakieś 5 km długości – zeszłyśmy cały i byłyśmy wykończone. Zresztą świątynia, cmentarz, jakieś upominki zabrały nam tyle czasu, że trzeba było wracać. Lunch-obiad zjadłyśmy po 4 w Nambie – okonomiyaki. Pycha! Potem ja się zebrałam do domu, b jutro spotkanie z Mai i Yuka. A Mayumi została jeszcze w Nambie na festiwal. Ale właśnie posłała mi maila, że wraca już, bo też padnięta. Ja się zbieram spać zaraz, jutro wstawanie koło 7. Dzień wolny z okazji narodowego Dnia Sportu. Ja jadę zwiedzać dalej. A potem trzeba się pouczyć... Egzaminy, jakieś eseje, lekko nie będzie.

Zdjęcia w terminie późniejszym...


środa, 05 października 2005
Nowy rekord

Po pierwsze moj nowy rekord. Nie zadzwonil mi budzik, a moze zadzwonil, ale go nie uslyszalam. W kazdym razie obudzilam sie dzis o 8:55, zajecia mialam o 9 i mialam pisac test. Zerwalam sie z lozka, wskoczylam w ubranie, na rower i do klasy wpadlam o 09:07. 12 minut od wstania z lozka do zjawienia sie w klasie. Niestety kosztem sniadania, prysznica i w ogole obudzenia sie. Nie pamietam testu. Chyba cos napisalam, ale nie jestem pewna czy dobrze. Trudno.

Kolejny rekord - naszej nauczycielki - "zapomniala" nam powiedziec o zadaniu domowym, wiec zadala nam je dzis na lekcji do zrobienia przed godzina 12. Lekcje mialam o 9, o 10 kolejna. O 11 skonczylam i zaczelam robic zadanie domowe. Wlasnie je oddalam. Zadanie domowe, ktore trzeba zrobic w szkole, ironia? Wariactwo? Szalenstwo? Japonczycy? (wstawic odpowiednie slowo, ewentualnie dopisac wlasne, czekam z niecierpliwoscia)

Nadal spie... Poza tym u mnie tez zaczelo padac, na pewno wszystko przez Chiny! A tak ladnie bylo! Dzis zimno, pada, a ja nieprzytomna. Na szczescie przytomnie calkiem wzielam kurtke. Ale nie mialam juz czasu zalozyc skarperek, wiec w stopy troche chlodno. Ale siedze caly dzien na uczelni, wiec wytrzymam. A na jutro masa zadan domowych, tym razem juz normalnie domowych ;).

Ech, ponarzekalam sobie,lepiej jakos mi teraz. Ide sie dobudzac i poczytac ksiazke. Poza tym nic sie nie dzieje - o 12:30 lunch z Mai i Yuka. W weekend do Kouya san. Oby sie pogoda zrobila!! No...

Rekord nauczycielki - koło 14 odebrałam ze skrzynki poprawione zadanie domowe! Wow!

sobota, 01 października 2005
Bon-odori i ducha ciąg dalszy
Dziś był dzień tańczenia. Co więcej ogłaszam wszem i wobec, że wraz z 9 innymi studentkami międzynarodowymi zatańczę 28 października na pkazie tańców w Domu Kultury w Hirakacie! Start o godzinie 12:30. Zapraszam ;) Będe nosiła yukatę, tabi, uczeszą mnie po ichniejszemu, będę miała ozdoby we włosach i zatańczę "sakurę". Pewnie i tak zrobimy z siebie pośmiewisko - 10 gaijinek tańczących, ale co tam. Mam zamiar się i tak dobrze bawić. Ale w efekcie, do i tak napiętego planu doszły próby. Ja to umiem sobie zapchać czas ;) Mayumi obiecała przyjść i to sfilmować, Norwegowie obiecali robić zdjęcia. Jakoś idea zdjęć mi się bardziej podoba, mniej pomyłki będzie widać. Na razie pozostaję dobej myśli.
A dziś mieliśmy noszenie yukaty, oglądanie tańców, potem same trochę tańczyłyśmy, a potem nasza 10 miała próbę. Wróciłam padnięta, ale było warto. Anka - nagrywałam filmiki z tanców, może się przydadzą Ci jakoś do sprawy teatru? Jakby co, nagram na płytkę i poślę. Jakość taka sobie -kręcone aparatem i z ręki, ale fajne wyszły.

Na mostku w japonskim ogródku na kampusie:


Ten sam ogródek, chcialam pokazać moja kokardkę z obi - kobieta ją na mnie zawiązała. Aaa. Obi byłam tak ściśnięta, że czułam się niemal jak Elizbeth na "Piratach z Karaibów" - oddychanie to problem.


Globalizacja - Polka, Chinko-Amerykanka i Kanadyjka w yukatach jedzące lunch w McDonald's:


Pokaz tańców - tańce z Tokio


Dla Dziewczynki - taniec z Tajwanu. Ponoć rozpowszechniła, go kobieta z Tajwanu, która wszła za Japończyka. Tęskniła za swoją wyspą i postanowiła ją uwiecznić w tańcu. Chyba jeden z ładniejszych tańców.


Sakura - to będę tańczyć - nie z wachlarzem, ale z gałązką wiśni.



Duch - dziś rozmaiałam z Remi, ktoś jej opowiedział o duchu. Remi się spytała, czy widziałam ducha. Powiedziałam, że nie, że możliwe, że to zły sen i tak dalej. Remi mi przerwała i powiedziała, że ona widzi duchy. Z wrażenia nie spytałam jak wyglądają. Powiedziała, że mało osób widuje duchy (ja myślę!), ale u niej w rodzine to dziedziczne. Spytała, bo się martwi - bo podobno jak się widzi duchy, to one też widzą ciebie i jeżeli są z gatunku nieprzyjaznych, mogą coś zrobić i chciała mi doradzić kupno koralików kryształowych. Remi nosi tego sporo na rękach i ma jeszcze wisiorek. Do tej pory myślałam, że dla ozdoby, ale okazało się, że to ochronnie. No i dowiedziałam się, że jest u nas trochę duchów w akademiku, że najczęściej są w kuchni, lub jadalni (czyżby były to gaki - głodne duchy?). Teraz to w ogóle czuję się jak na filmie. Czy mówiłam już o tym, że tak jakby nie wierzę w przechadzające sie po kuchni duchy? Ale wszystkei Japonki są o ich obecności absolutnei przekonane a jedna z nich je jeszcze widuje? Ponoć jednak dopóki się nie widzi duchów, nic nie grozi. Uff :) A tak się zastanawiam, bo skoro piszę doktorat o złu japońskim i między innymi zajmuję się wszelakimi duchami i zjawami to może powinnam poprosić Remi o wywiad z duchami? Czy jest to źródło naukowe?

Jutro dzień nauki, wstaję i zabieram się za słówka, kanji. Może powinnam się na zapas jeszcze nauczyć, bo potem będzie bardzo krucho z czasem.

Acha, do Sabla i Pawła - wszystkiego najlepszego z okazji urodzin!
Zakładki:
Autorka
Blogi azjatyckie
Blogi krewnych i znajomych Królika (czasem też azjatyckie ;))
Blogi, które lubię i odwiedzam
Fora
Japonia/Azja w różnych odsłonach
Kuchnia azjatycka i nie tylko
RPG
Zakładki różne
Polska


Japonia
Osaka
Click for Osaka, Japan Forecast


Kraków
Click for Krakow, Poland Forecast



Powered by JapaneseStreets.com


Copy Mandarin text here to convert it to pin1yin1!
More pinyin and zhuyin conversion tools...

CTA - Closer to Asia Association CTA News service by Closer to Asia Association' width=
Pisz swój dziennik w Internecie