środa, 03 października 2007
Abbazia di Sant' Antimo
Zwiedzamy subiektywnie. Żadne z nas nie lubi biegania od jednego zabytku do drugiego. Na dodatek nieszczególnie interesujemy się malarstwem. Tak wiem, dziwni jesteśmy. Bardzo za to lubimy klimat włoskich miasteczek, budynki, malutkie kamienne domki. Ja lubię też ulice handlowe dużych miast – takie shopping hobby.

Widziałam np. w Sienie mojej kochanej przecudną gotycką sukienkę – pięknie sznurowany gorsecik i spódnica wykończona koronką. Całość w kolorystyce fioletowo czarnej. Żałuję, że choć zdjęcia nie zrobiłam. Przepiękna była. Aż się chce tak na co dzień ubierać. Choć tak patrząc na styl Nelly Rokity, to może niedługo różne ciekawe style zaczną być bardziej popularne na ulicy, nie tylko w gazetach, czy na imprezach. W tym roku zajęć na UJ nie prowadzę, więc studenci na zawał mi nie zejdą, jak zobaczą prowadzącą ubraną lekko w kierunku gothic lolita. Co najwyżej teraz mogę pogrążyć ewentualną komisję. Nie śledczą. Uczelnianą, jak już dojdzie do tych moich egzaminów.

Ale miały być Włochy.

I nie ubrania, a zabytki.

Szczególnie jeden. Przecudny klasztor Abbazia di Sant' Antimo .

Klasztor znajduje się w Południowej Toskanii niedaleko Montalcino .

View Larger Map

Tradycja mówi, że założył je Karol Wielki, który wracając z Rzymu w 781 rozbił tam obóz. Jego wojsko nękała tajemnicza choroba, na którą lekiem okazało się zmielone miejscowe ziele (nie wiem jakie) podawane z winem. Oczywiście recepturę podał zstępujący z nieba Anioł. Zioło nie zioło, ale wino z Montalcino jest pyszne, więc pewnie i ono by też poskutkowało. A skoro wojsko zostało wyleczone pozostało ufundować klasztor.

Klasztor dzięki licznym darowiznom rozrastał się aż do XIII wieku, kiedy to rosnąca w potęgę Siena powoli zaczęła sobie jego dobra przywłaszczać.

Klasztor jednak stoi sobie nadal. Położony jest przecudnie między oliwkami, cyprysami, winnicami. Ciężko oprzeć się pokusie zrobienia mu mnóstwa zdjęć.

W środku natomiast jest jeszcze cudniej. Pusto. Grube masywne mury z kamienia w kolorze szaro-miodowym z niewielkimi okienkami u góry. Kamienny ołtarz z ogromnym krzyżem. Kolumny ze zdobieniami. I nic poza tym. To nie kolorowa katedra Sienie, czy Duomo we Florencji. To cudowna pustka doskonale sprzyjająca wyciszeniu. Kościół jest ogromny, ciemny- przez okna wpadają promienie światła. Oczywiście przywodzą skojarzenie z grobem Balina i Morią. Zwłaszcza jak się jest wzrostu bardziej hobbickiego.

W Południowej Toskanii jest też drugi klasztor Abbazia di Monte Oliveto Maggiore. Niestety do tego już nie dotarliśmy – wyczytaliśmy w przewodniku, że zamyka się go na czas sjesty, więc pojechaliśmy zwiedzać otwarte miasteczka. A później już się nie udało. Ale przynajmniej wiemy, że coś w Toskanii nadal na nas czeka.

niedziela, 30 września 2007

Odległości toskańskie mogą być mylące dla kogoś, kto nie widział ich dróg. Są to kręte, wąskie dróżki, gdzie szczytem prędkości jest 40km/h. I jest to już prędkość tak zawrotna, że ma się wrażenie małej przyczepności do asfaltu. Nie ma więc radosnego hasania i zwiedzania. Odległość do supermarketu 30 - czas jazdy – jakaś godzina. Sklep najbliżej nas znajduje się w Roccalbegna , jakieś 9 km.

Bliżej mamy na pizzę – 6 km. Pizza w Kasztanowym Parku jest zdecydowanie warta wspomnienia. Pizza jest cudowna! Duża na cieniutkim cieście z przeróżnymi dodatkami. W tym też z moimi ulubionymi karczochami. Wspomnieć jednak trzeba także o miejscu – brzydko tam niemiłosiernie. Może park i ładny, ale pizzeria wygląda jak stara, zapomniana komunistyczna restauracja, z drewnopodobną lamperią na ścianach. Klimat restauracyjno – stołówkowy. Aż przykro. Za to pizza wynagradza wszystko. Przystawka carpaccio z dzika również.

Deserów nie spróbowaliśmy, zawsze zabrakło nam sił.

 

A w Roccalbegna, w sklepie jest zabawnie. Sklep czynny teoretycznie codziennie, z przerwą na sjestę. W praktyce czynny tylko rano.

Zakupy trwają od minut 20, jak nie ma nikogo, do około 45 jak się stoi za kimś w kolejce. Sklep teoretycznie jest samoobsługowy. Pan kroi wędliny, podaje pieczywo, ale resztę bierze się samemu do koszyka i idzie do kasy.

No chyba, że jest się włoską babcią.

Włoska babcia nie będzie przecież sama nosić towaru. Od tego ma kasjera – młodego Paolo. Paolo został z miejsca naszym idolem. Założenie, że młodzi ludzie ruszaja się szybciej jest błędne. Paolo jest idealnie wpasowany w sklep w Roccalbegna i będzie pakował z namaszczeniem zakupy. Będzie podawał włoskiej babci wszelkie paczki, paczuszki Nie ważne, że ustawia się przez to w sklepie kolejka. W końcu Ci ludzie nie pójdą nigdzie indziej, nie zrezygnują z zakupów. Po cóż więc się spieszyć...

Niesamowite.

Jesteśmy już kolejny tydzień w Polsce – nadal nie mogę przywyknąć do rzucania zakupami w kasie w markecie. Może jednak Włosi wiedzą, co robią...


Kończąc obszerny temat włoskiego jedzenia, nie sposób wspomnieć jeszcze o winach. Mam wrażenie, że w Toskanii nie ma złego wina. Próbowaliśmy różnych i zawsze były to wina jakości przyzwoitej.

Jednak chwilowo moim ulubionym jest chyba Brunello di Montalcino – zakupione oczywiście w Montalcino ;)

Drugim winem z którego to miasto słynie to Rosso do Montalcino.

W samym Montalcino poza sklepami z winem nie ma właściwie nic. Jest fort - przerobiony na sklep z winem. Ale dla wina wybrać się warto. I dla miodów. Są przeróżne. Mnie skusił miód lawendowy.

A w kolejnym odcinku będzie w końcu troszkę o zabytkach, którym porobiliśmy zdjęcia.  

Jedne rzecz mnie zafascynowała  - zarówno w San Giminiano, jak i we Florencji w wielu sklepach, lodziarniach, barach były napisy po japońsku. Japończycy zalewają południe? 

I robią sobie zdjęcia z jedzeniem ;)  I robią zdjęcia nam (mnie i Tomkowi) siedzącym na schoach przed galerią Uffizi . Hmmm?


czwartek, 27 września 2007
Na tropie kanapek

Kanapki to podstawa wakacji. Zaczyna się już oczywiście od kanapek domowych na drogę. A potem kanapkuje się zwiedzając, żeby po powrocie dopiero zjeść coś większego. Kanapki pozwalają zaoszczędzić czas.

Zwłaszcza jeśli z powodu odległości zwiedza się miasta w blokach – Corotona, Arezzo; Montalcino, Montepulciano.

W tym ostatnim właśnie są najlepsze na świecie kanapki. Pozostałe kanapkowe miejsca to – Pienza i Siena – kolejność nie chronologiczna a pysznościowa.

Ponieważ nasze zwiedzanie jest mało standardowe – nie biegamy od zabytku do zabytku, a raczej włóczymy się po uliczkach, miałam problem z odtworzeniem miejsca, gdzie pyszne kanapki Montepulciano jedliśmy. Po naradach wyszło, że to chyba Via di San Donato, uliczka boczna od głównego placu.

Sklep typu - troszkę z jedzeniowymi pamiątkami a troszkę najzwyczajniejszy sklep z wędlinami.

Kanapki przygotowywane na miejscu. Pani w sklepie jest straszna! Taka olbrzymia, stara włoszka poruszająca się tak strasznie wolno, że wydaje się to aż niemożliwe. Szykowanie kanapek dla 4 osób zajęło jej jakieś 20 minut.

W mojej było dokładnie 6 plasterków szynki prosciuctto i 4 plasterki sera pecorino.

Każdy plasterek został z namaszczeniem odkrojony i ułożony na bułce.

Tomka kanapka miała inną suszoną szynkę, niestety zapomniałam nazwę i sos truflowy.

Aga i Kuba mieli jedną kanapkę, jak Tomek a drugą z serem, szynką i marynowaną cukinią – niesamowita sprawa. Pyszna była.

Kanapki były ogromne. Nasyciły nas do bardzo późnego wieczora.

Są to też jedyne kanapki, którym nie zrobiliśmy zdjęć, bo zdążylismy je zjeść, zanim na to wpadliśmy. Trudno.

 

Kanapki nr 2 to kanapki z Pienzy.

Skusiły nas lokalne babcie, które wpadły do sklepu i każda zamówiła kanapkę z ogromną gotowaną szynką. Mnie ta kanapka specjalnie nie urzekła, bo była dość tłusta, ale skoro lokalni jadają trzeba było spróbować. Na szczęście oprócz tej tłustej szynki, była również suszona szynka z dzika. Taką właśnie wybrałam sobie do kanapek. Była to wersja uboższa niż kanapki z Montepulciano – tylko jednoskładnikowa, ale pyszna.

 

Kanapka nr 3 – Siena. Bardzo smaczne, bo jedzone na Piazza del Campo. Kanapki jednak bardzo zwyczajne - wędlina, ser, pomidor. No, może nie aż tak zwyczajne, bo szynka to prosciuctto, a ser to mozzarella. W tamtych miastach jednak były to wyraźnie wyroby regionalne, a tutaj supermarketowe. Na moją wielką miłość do Sieny nie miało to wpływu. W rankingu ukochanych włoskich miast na pierwszym miejscu nadal Siena. Uwielbiam siedzenie na bruku Piazza del Campo. Jak mieliśmy już ruszyć zwiedzać nawet się zastanawiałam, czy nie zostać tam sobie.

 

Kanapki nr 4 – wycieczka do „gorących” źródeł i powrót. Zainspirowani kanapkami włoskimi, postanowiliśmy też się pobawić w kanapkowanie. Naszego kanapki oczywiście były najlepsze. :)

Składały się z pesto - część z bazyliowego, a część z orzechowego. Do tego było raz pecorino, a raz mozzarella i przepyszna suszona szynka. W ramach warzywa – papryka. Cuuudo.

I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie fakt, że toskańskie pieczywo jest niesmaczne, bo zupełnie nie słone.

Tak we Włoszech są źródła. Po raz pierwszy pojechaliśmy spędzać wakacje razem z Włochami. Doświadczenie ciekawe, lecz nie wiem, czy będziemy powtarzać.

Opisze razem następnym. Wraz z zabytkami w końcu. Bo na razie zdecydowanie są to wspomnienia kulinarne.

środa, 19 września 2007
Toskania c.d.

Wakacje mają wiele zalet – jedna z nich jest możliwość bezkarnego lenienia się. Zwłaszcza, jak nie ma się internetu, a ma basen. Tak więc, oprócz zwiedzania, mieliśmy też kilka dni absolutnego lenistwa. Najważniejszymi problemami do rozważenia były - co zjeść na obiad i czy najpierw zjeść sałatkę owocową, czy może coś konkretnego ;)

Właśnie kolejny dzień po podróży i po Arezzo zapoczątkował sezon zostawania w La Pieve.

Opalaliśmy się, choć ponoć to niezdrowe. Jestem całkiem brązowa i czuję się całkiem zdrowo, naładowana pozytywną energią. Jednak, żeby zupełnie się nie przykleić do leżaka też nieco się poruszaliśmy – podjęliśmy próbę grania w badmintona, jednak wiał za silny wiatr. Za to, dzięki Adze i Kubie odkryliśmy bule . W bule już gra się fajnie, ale niestety przegrywamy :(

Na pocieszenie sobie popływałam. Basen na wakacjach to rzecz podstawowa – nawet jeśli czasem woda zimna. Rekord zimna, to 17 stopni – oczywiście i tak pływałam, choć jako jedyna.


Dzień ten też zapoczątkował odkrywanie toskańskich specjałów jedzeniowych. Śniadanie – toskański suchy placek chlebowy maczany w oliwie z bazylią i do tego sałatka nicejska. Lunch/obiad - sałatka owocowa z melona, bananów i nektarynek oraz zebranych przez Agnieszkę jeżyn. W drodze do naszej posiadłości rosną ogromne krzaki jeżyn. Mniam!

Jeżyn starczyło jeszcze na zapas sosu jeżynowego, który trafił do zamrażarki, a potem został zużyty do ryżu z mlekiem i tiramisu – tak zrobiliśmy tiramisu :)

Ponieważ na miejscu są do dyspozycji grille, wieczorem zrobiliśmy grill. Mięsko z piersi kurczaka zamarynowane (oliwa+ czosnek+ chili + tymianek +ocet balsamiczny + sól i pieprz), do niego sałatka (sałaty mieszane, pomidor, papryka). I troszkę pieczywa. Kulinarne rozkosze wakacji.

Dopiero później wybraliśmy się na cudowną, doskonałą, niesamowitą, obłędną, jedyną w swoim rodzaju pizzę :) Ale warto już o niej wspomnieć. Pizzeria też niezapomniana – lamperie na ścianie i klimat taki stołówkowy. Za pierwszym razem przeżyliśmy lekki szok. Ale pizza wynagradza wszystko.

A lody z baru Vivoli we Florencji– te polecane przez przewodnik – są aktualnie na pierwszym miejscu w moim rankingu najlepszych lodów na świecie. Udało im się wyprzedzić lody szwedzkie i japońskie zielono-herbaciane.... A co ciekawe, lodziarnia jednak nie była oblegana przez tłumy turystów – większość z nich kupowała lody w okolicach Duomo – bardzo apetycznie wyglądające ogromne porcje. Vivoli nie jest najtańsze, jest dość drogie. Porcje lodów są też dość małe. Niestety – to ich minus. Ale warto.

Jeśli chodzi o lody wyjazdowe to klasyfikacja wygląda następująco – Vivoli, Paganico i na samym końcu lody z San Giminiano, ponoć najlepsze na świecie - lodziarz należy do zwycięskiego teamu z zeszłorocznych międzynarodowych zawodów lodziarskich. Według mnie nie zasłużył, choć na pewno były tam zaskakujące smaki do nabycia – np. lody bagietkowe...

Zgłodniałam od tych wspomnień.

Może w ramach terapii napisze krótko jeszcze o „austriackiej fantazji” - tekst Kuby. Otóż Austria chyba nikomu z nas nie kojarzy się z krajem ludzi z ogromną wyobraźnią. Można mówić o austriackim porządku, jedzeniu, ale fantazji? Otóż w kraju tym, w miejscach gdzie są roboty drogowe i stoi się w korku, umieszcza się tablice informujące ile jeszcze kilometrów robót zostało. Oczywiście nie to jest zaskakujące, ale narysowane pod tą informacją emotikonki – jak dużo jeszcze przed nami są takie skwaszone, klnące, wkurzone, im bliżej do końca – staję się bardziej neutralne, aby przy końcu zacząć się nieśmiało uśmiechać i pożegnać nas szerokim uśmiechem :D

Miłe, prawda?

Tak więc chyba od tego się wzięło określenie austriacka fantazja; które jakoś dziwnym trafem, obok Wróżki Krótkonóżki weszło na stałe do wakacyjnego słownika.


wtorek, 18 września 2007
Jak zostałam wróżką

Wpis z nutką autoironii ;)

Wyjazd do Toskanii wyzwolił we mnie magiczne umiejętności.

Wąskie drogi i pojawiające się na nich nagle duże samochody doprowadzały nas do rozpaczy. Któregoś razu rzuciłam w pojazd przed nami: „zjeżdżaj z drogi” i pojazd o dziwo zjechał...i kolejny..i kolejny. Na razie moje umiejętności dotyczą tylko pojazdów, nie udało mi się zaczarować słońca, żeby świeciło bardziej.

Poza tym, jak podsumowała Agnieszka moja magia jest taka dość ostra i negatywna – zjeżdżaj, spadaj, spływaj (to o deszczu ;)), więc to może dlatego na razie z pozytywnymi elementami nie wychodzi.

I na pewno chodzi też o to, że nie jestem profesjonalną czarodziejką.

Bo od tego też się zaczęło. Kiedy samochód zjechał – tomek stwierdził, że jestem czarodziejka. A ponieważ zupełnie automatycznie nasunęło mi się „Czarodziejka z Księżyca”, przyrównałam się do bohaterek (moja ulubiona była Czarodziejka z Saturna ;)) - no i porównanie uzmysłowiło mi, że Czarodziejki miały bardzo dłuuugie nogi, co na pewno wpływało na skuteczność magii.

Moje wątpliwości wyartykułowałam na głos i czego się doczekałam? Stwierdzenia: „no to jesteś Wróżka Krótkonóżka” .

Tak więc oficjalnie się przedstawiam: Wróżka Bayushka Krótkonóżka miło mi bardzo.

W kolejnym odcinku będzie o „austriackiej fantazji” :P

A poważniej - wrzuciłam zdjęcia na sieć, na razie tylko moje i Tomka, będą jeszcze od Agi i Kuby.

Można je zobaczyć tutaj:

Toskania 2007

Będą się też pojawiać wybrane zdjęcia wraz z kolejnymi wpisami, wtedy pewnie oglądanie ich będzie bardziej sensowne, bo na razie to takie oglądanie albumu bez komentarza.

poniedziałek, 17 września 2007
Niedziela. Pierwszy dzień pobytu

„Wycieczka” na zakupy. Nie mamy nic do jedzenia, kanapki z podróży się skończyły. Najbliższy supermarket – 30 km. Są bliżej dwa miasteczka ze sklepikami - jedno 3 km, drugie 9, ale w niedzielę nieczynne. Mamy wiec teraz zapas jedzenia, nic nam nie straszne. A w mieście odbywa się jakaś impreza rycerska, mają pyszne lody, więc świat wygląda już dobrze.

Supermarketowe miasto to Paganico – będziemy je jeszcze odwiedzać i będziemy przez nie przejeżdżać. Samo miasto małe i bardzo sympatyczne. Fajny plac, średniowieczne mury i świetne lody o smaku ricotty z figami.

Po wycieczce zakupowej, wsiadamy w auto i pędzimy do Arezzo – turniej rycerski i po drodze do Cortony .

Trudno napisać coś o Cortonie. Jest to jedno z najstarszych toskańskich miast, założone przez Etrusków. Choć prężnie się rozwijała, po 1409 sprzedano ją Florencji. Piazza del Duomo jest przyjemnym miejscem, odchodzi od niego mnóstwo małych uliczek. Spędziliśmy tam troszkę czasu po prostu się wałęsając. Bardzo przyjemna czynność.


W Arezzo zobaczyliśmy freski della Francesca tak troszkę na krzywy ryj - już było po zwiedzaniu, była msza, grzecznie poczekaliśmy na jej koniec i poszliśmy oglądać. Akurat „Dzieje krzyża” jakoś bardziej do mnie przemawiają w wersji przewodnikowej...


Turnieju nie zobaczyliśmy, bo się dopchać nie udało. Udało się za to obejrzeć potrawy regionalne, troszkę Turnieju w telewizji – w każdym porządnym sklepie był takowy. Szczęśliwie zgłodnieliśmy i poszliśmy na pizzę. Po pizzy natknęliśmy się akurat na przemarsz zwycięskiej dzielnicy – różowo-żółta, nie wiem jak się nazywa. Panowie walczący na kopie gdyby mieli wąsy, z dumą pewnie by je podkręcali. Duma aż od nich promieniała! Tak więc, choć samego turnieju nie zobaczyliśmy, choć przez moment poczuliśmy jego klimat.

Błogosławiony nasz głód i miejsce, które na jego zaspokojenie wybraliśmy :)

A potem – dłuuuga droga do domu, ale już bez błądzenia.

Po turnieju i wcześniejszych lekturach przewodników na temat turnieju w Arezzo, Sienie, Lukce i innych, nasunęło mi się pewne spostrzeżenie. Te imprezy nie są absolutnie imprezami turystycznymi. To nie radosne średniowieczne przebieranki kilku osób dla turystów i własnej satysfakcji. To naprawdę kawał kultury własnego miasta, własnej dzielnicy, ostra rywalizacja, duma, porażki. Turyści oczywiście się tam plączą, ale to wszystko nie dla nich. To wydarzenie tubylców. I to widać.

cdn

Podróż do...

Dzień pierwszy podróży

Droga do Toskanii to około 1500 km. Pierwszy dzień - przez Czechy, Słowację, Austrię i nocleg w przemiłej miejscowości nad jeziorem – Velden – niedaleko Villach. Nocleg 28 euro od osoby ze śniadaniem. Pokoje dwuosobowe z łazienką. Fajnie, choć wystrój troszkę kiczowaty. Pełen adres, jakby koś chciał skorzystać na stronie: http://urlaubsplaner.woerthersee.com/unterkunft/?acco=9170


Miasteczko za to wygląda na śliczne, ale przeszliśmy się tylko chwilkę wieczorkiem, po czym padliśmy spać.

Niemiecki jest wyzwaniem, zwłaszcza, jak nikt z nas tym językiem biegle nie mówi. Ale daliśmy radę: „mamy ręce, więc się dogadamy”.

Po drodze oczywiście były przystanki na kanapki i na pyszną kawę.



Dzień drugi

Korki, korki. A nawet korki. Tomek był bliski załamania, a później wydania wspomnień: „Włochy 10km/h. Było tragicznie. Korki były na każdej jednej autostradzie. Nie wiem skąd i jak i czemu. Pełzliśmy powoli, jak żółw ociężale. W końcu zaświeciła się kontrolka paliwa i zaczęliśmy desperacko szukać stacji. Udało się. Na koniec doszło do szukania naszego miejsca pobytu. Jejku. Koniec świata, środek gór. Nie wiem, jak to nazwać. Poza tym, że jest przepięknie. Śliczny domek,bardzo gustownie urządzony. Wspaniałe tereny, basen. Ale z głównej drogi (której i tak już nie ma na większości map) zjeżdża się w dół żwirową dróżką jakieś 4 minuty! Urzekła nas tutaj cisza. Taka absolutna, jakiej nigdzie się nie uświadczy... Jest cicho, po prostu cicho. Niesamowite wrażenie...

Na deser za to znaleźliśmy skorpiona, mnóstwo męczących much i martwego nietoperza. Dorabiamy ideologię horroru. Nocne krzyczące ptaki, skorpiony, nietoperze, dzwonki owiec. Wynosząc nietoperza, znaleźliśmy zaostrzony kołek, co rodzi podejrzenie, że mamy do czynienia z wampirami. :P

Ale nasz gospodarz to bardzo miły, młody człowiek...

Mamy za to podejrzanego Belga za sąsiada ;)

Podejrzany, bo jest sam na wakacjach. I właśnie został główną postacią naszego horroru.

---

A po drodze jedzie się przez Alpy - widokowo po prostu ślicznie! 

La Pieve

Mieszkanie na końcu świata ma swoje zalety.

Ma też wady. Ciężko znaleźć koniec świata. Nam udało się pobłądzić. Ponieważ jednek miejsce jest przecudne i zdecydowanie godne polecenia, wrzucam mapkę:

 


View Larger Map
Jesteśmy

17 jest też po 16 ;)

Witajcie kochani. Tęskniłam za Wami, za blogiem. Ależ mam pewnie teraz zaległości w czytaniu...

I zaległości w pisaniu.

Na razie fotka z klasycznym widoczkiem toskańskim:

Zdjęcia już obrobiene, czekają na wrzucenie. Bedę dokładać je po kolei.

czwartek, 30 sierpnia 2007
Jedziemy...

Torby spakowane, wpakowane do auta. Zostały do dorzucenia kosmetyki, jedzenie. Jutro ok 7 rano chcemy wyruszyć. Wstajemy o 5.

Na wakacje. Do Toskani. Na dwa tygodnie. Nocleg gdzieś w drodze. Zobaczymy czy to będzie Austria, czy już Włochy... 

Winietek nie mamy - obraziliśmy się na marżę. Kupimy na granicach.  

Będę robić zdjęcia, będę notować. Po 16 września wracam. Będą wpisy na blogu. Będą zdjęcia.

Do zobaczenia!

Arrivederci!

 
1 , 2
Zakładki:
Autorka
Blogi azjatyckie
Blogi krewnych i znajomych Królika (czasem też azjatyckie ;))
Blogi, które lubię i odwiedzam
Fora
Japonia/Azja w różnych odsłonach
Kuchnia azjatycka i nie tylko
RPG
Zakładki różne
Polska


Japonia
Osaka
Click for Osaka, Japan Forecast


Kraków
Click for Krakow, Poland Forecast



Powered by JapaneseStreets.com


Copy Mandarin text here to convert it to pin1yin1!
More pinyin and zhuyin conversion tools...

CTA - Closer to Asia Association CTA News service by Closer to Asia Association' width=
Pisz swój dziennik w Internecie